15 marca 2025

Językowe potyczki


            Mistrzowie  słowa

 

 

Kultura języka zaczyna się tam,

gdzie zaczyna się świadomość językowa,
gdzie ludzie nie tylko mówią,

lecz zastanawiają się na tym, jak mówią.

(Stanisław Szober, językoznawca, leksykolog)

 

W naszej szkole miłośnicy języka polskiego spotkali się w sali kinowej ZAK w drugim etapie konkursu polonistycznego Mistrzowie słowa.  Zmagania konkursowe miały charakter oratorski. Uczniowie wygłaszali przed publicznością prezentacje dotyczące różnorodnych zagadnień. Rywalizowali ze sobą, ale jednocześnie popularyzowali  piękno mowy ojczystej,  siłę argumentacji i sprawność komunikacji.

Przed Wami wystąpienie Urszuli Molas, uczennicy klasy 3c, która w tegorocznym konkursie zajęła pierwsze miejsce. Ula przygotowała wystąpienie na temat: Pieska, kocia, końska… frazeologia. Przeanalizuj na wybranych przykładach zwierzęcą frazeologię w języku polskim.

Szanowni Państwo, czy zauważyli Państwo, że w naszym otoczeniu jest mnóstwo zwierząt domowych? Oczywiście nie w szkole, ale towarzyszą nam one w życiu codziennym. Wielu z nas ma zwierzęta domowe, koty, psy, chomiki czy rybki. Zarówno celebryci, jak i moi rówieśnicy publikują w mediach społecznościowych zdjęcia swoich pupili. W Internecie oglądamy także zabawne filmy, których głównymi bohaterami są właśnie zwierzęta. Widzimy je także na ekranach telewizorów, m.in. w reklamach. Faktem jest to, że obecność pupila sprawia, że reklama wydaje się bardziej autentyczna. Czworonogi są postrzegane jako uczciwe, a tym samym zwiększają “uczciwość reklamy”. Badania udowadniają, że konsumenci są bardziej podekscytowani zakupem, jeśli w oglądanej reklamie wystąpi pies! 

Przyglądając się językowi, którym się posługujemy, możemy dostrzec jednak pewien dysonans. Stanowi on bowiem zapis mentalności poprzednich pokoleń i ukazuje nam zupełnie inny obraz zwierząt niż ten, który dostrzegamy we współczesnych mediach. Możemy to zaobserwować na przykładzie związków frazeologicznych, które są stałymi połączeniami wyrazów o znaczeniu odmiennym od tego, które wynikałoby ze znaczeń poszczególnych wyrazów.  

I tu jest pies pogrzebany - okazuje się, że pieskie życie wcale nie jest takie szczęśliwe jak żywot współczesnego pupila, który sypia na miękkim legowisku, chodzi do fryzjera oraz ma specjalną dietę. Pieskie życie to życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności. Nikt z nas nie chciałby zejść na psy, bo jest to równoznaczne z pogorszeniem się warunków bytowych, utratą jakości życia.  Jest więcej wyrażeń pokazujących podejście naszych przodków do psów: ten, który łże jak pies jest zakłamany, więc możemy go nazwać psubratem lub kanalią - słowo to pochodzi od łacińskiego canis - pies. Pogoda pod psem to ta najbrzydsza. Jeśli coś jest psu na buty to znaczy, że jest zupełnie bezużyteczne. Nie jest komplementem wyrażenie francuski piesek, bo odnosi się do kogoś rozpieszczonego, nie chcemy zarabiać psich pieniędzy, a słowa na psa urok to rodzaj eufemizmu odczyniającego złe uroki, podobnie jak całuj psa w nos. 

Myślę, że nikt z Państwa nie będzie darł ze mną kotów o to, że to właśnie koty występują równie często w polskiej frazeologii. Ten, który zachowuje się jak kot w marcu, jest szczególnie kochliwy, może będzie chciał potem żyć ze swoją wybranką na kocią łapę. Język polski utrwalił postrzeganie tych czworonogów: popędzić komuś kota oznacza zmusić kogoś do wysiłku, do zrobienia czegoś, ale także przepędzić kogoś z jakiegoś miejsca lub postraszyć kogoś, dokuczyć, dopiec mu. Ten, który lata jak kot z pęcherzem porusza się niecierpliwie, nieustannie, bez chwili spokoju. Powiedzenie pochodzi od zabaw urządzanych przez łobuzów, którzy przywiązywali kotu do ogona wypełniony świński pęcherz, a zdezorientowane zwierzę próbowało się od niego za wszelką cenę uwolnić. Lepiej sobie nie wyobrażać skąd ludowa mądrość wie, że kot zawsze spada na cztery łapy. Tyle w tych wyrażeniach empatii co kot napłakał. Czy jest zatem możliwe, że kot ma pieskie życie? Wśród związków frazeologicznych, w których występują koty i psy tylko nieliczne mają wymowę pozytywną czy neutralną. Pozytywny wydźwięk ma wyrażenie być wiernym jak pies, chociaż może kojarzyć się z psim przywiązaniem. Pierwsze koty za ploty mówimy, mając na myśli to, że po pierwszych próbach przezwyciężenia jakiś trudności, często nieudanych, następne będą łatwiejsze. Dla człowieka to wyrażenie motywujące do dalszych starań. 

Kolejnym zwierzęciem często pojawiającym się w polskiej frazeologii jest koń. Ksiądz Benedykt Chmielowski, autor Nowych Aten, swoistego kompendium wiedzy o otaczającym go świecie, napisał: Koń, jaki jest, każdy widzi. Żył on w Rzeczypospolitej XVIII wieku i konie były elementem jego rzeczywistości - śladem tego jest ich obecność we frazeologii. 

Zachodzi tu podobne zjawisko jak w przypadku kotów i psów. Jeśli powiemy komuś, że rży jak koń lub ma końskie zęby, nie uzna tego za komplement. Najprawdopodobniej będzie to objaw końskich zalotów - zachowania niestosownego i nieeleganckiego. Jednak odnajdujemy stosunkowo więcej związków o pozytywnym wydźwięku z wyrazem koń. Możemy mieć przecież końskie zdrowie oraz być kuci na cztery nogi. Komplementem będzie za to, gdy ufamy komuś tak, że możemy z nim konie kraść, jesteśmy całkowicie pewni danej osoby. Ale tak ufa się tylko tym, z którymi znamy się jak łyse konie 

Oczywiście w języku znajdziemy dużo więcej frazeologizmów związanych ze zwierzętami - można być przecież głodnym jak wilk, siedzieć cicho jak mysz pod miotłą czy zachowywać się jak słoń w składzie porcelany. Uważam, że ten kto zna język, swobodnie posługuje się nie tylko słownictwem i gramatyką, ale także frazeologią danego języka. W niej zaklęta jest mentalność i obyczajowość poprzednich pokoleń. Państwa obecność na tym konkursie wskazuje, że problemy frazeologii są wciąż aktualne. Proszę nie odwracać kota ogonem! 

Blogerka

 

Grafika:

zdjęcia z konkursu Aleksander Butryn

http://1lo.com.pl/img/2023-mistrzowie-slowa.png

https://pixabay.com/pl/photos/stos-zwierząt-bajki-1651945/

https://onebid.pl/pl/ksiazki-i-starodruki-chmielowski-benedykt-nowe-ateny-albo-akademia-wszelkiey-scyencyi-pelna/959614#img-2

8 marca 2025

Językowe potyczki

 

    W obronie feminatywów

 

Dlaczego stosowanie żeńskich form wobec mężczyzn

wywołuje dyskomfort,

a stosowanie męskich form wobec kobiet

jest normą?

(Maciej Makselon)

 

Dla porządku: feminatywy  to żeńskie formy  gramatyczne  nazw zawodów, tytułów  i funkcji.  Te wyrazy    tworzone od męskich odpowiedników  przez dodanie  przyrostków:  -k(a),  -in(i)/-yn(i),  -ow(a)  lub  -in(a). Ostatnio wiele się mówi na ten temat – i oczywiście -  są zwolennicy oraz przeciwnicy wprowadzania feminatywów.  Ci  ostatni używają różnych argumentów. Na przykład, że pilotka to czapka (choć pilot do urządzeń elektronicznych  im nie przeszkadza). Albo  że słowa architektka, adiuntka czy chirurżka są trudne do wymówienia ze względu na  zlepek spółgłosek. Wyrazy psycholożka, pedagożka  z  kolei, brzmią  dziwnie i kaleczą język. Maciej Makselon jest zdania: jeśli ktoś jest w stanie wymówić źdźbło, bezwzględny czy zmarszczka, to jedynym powodem, dla którego mógłby nie móc wypowiedzieć takich słów jak chirurżka  czy gościni jest to, że po prostu nie chce.  

Sto lat temu nie dziwiły pilotki, doktorki i świadkinie. Dlaczego feminatywy budzą dziś kontrowersje? – pyta Dorota Warakomska. A Maciej Makselon przypomina, że w Słowniku polszczyzny XVI wieku występują żeńskie formy takie jak: łotryni, morderka, mistrzyni (mistrzynia), księżna. Z kolei w przekładzie Biblii Jakuba Wujka z 1593 roku występuje słowo prorokini. W encyklopediach  z lat 1807 – 1927 można znaleźć formy: bankierka, lekarka, delegatka, prezydentka. W gazecie z 1896 roku pojawiają się słowa: doktorka, tłumaczka, docentka, adwokatka. W Poradniku Językowym z 1904 roku są: profesorka, lekarka, lektorka, autorka.  Czasopismo „Głos Serca” (1929 rok) anonsowało:  Kawaler w średnim wieku (…) zapozna tą drogą pannę (…) z  zawodu lekarkę lub magistrę farmacyi, posag obojętny. W 1937  roku Stanisław Szober wymieniał  żeńskie formy  proponowane przez użytkowników języka, a  zwłaszcza przez kobiety, które widocznie chcą, żeby najzaszczytniejszy nawet zawód nie przysłaniał ich kobiecości. Pisał: Na wzór oboczności: chłop – chłopka, nauczyciel nauczycielka… usiłują się tworzyć takie oboczności, jak pedagog – pedagogiczka (pedagożka!), psycholog – psychologiczka (psycholożka!), bądź na wzór oboczności: bóg – bogini tworzy się takie szeregi, jak pedagog – pedagogini, psycholog—psychologini… Pamiętamy też postaci literackie: Starościnę (w „Powrocie posła” Niemcewicza), Podstolinę (w „Zemście” Fredry), Radczynię (w „Weselu” Wyspiańskiego) oraz  liczne hrabiny, baronowe, szlachcianki.

Dlaczego  żeńskie formy niemal zniknęły z naszego języka? I kiedy to się stało? Po II wojnie i po zmianie ustroju. W 1957  roku Zenon Klemensiewicz  pisał, że wciąż  zwycięża tendencja przyznawania kobietom męskich tytułów zawodowych. Ten zabieg językowy miał nobilitować kobiety wykonujące prestiżowe zawody i pełniące ważne funkcje. Podobno wyszła w tym czasie też rekomendacja, aby nazwy żeńskie nadawać tylko zawodom (stanowiskom) postrzeganym jako mniej znaczące, natomiast formy   męskie  stosować do zawodów ważniejszych, aby nie umniejszać ich rangi. I siłą rozpędu (niemal do dziś) mamy: lekarza, chirurga,  ale: pielęgniarkę czy salową. Prawnika, inżyniera, wykładowcę – i przedszkolankę, fryzjerkę, hostessę. Prezesa, zwierzchnika – sekretarkę, sprzątaczkę. Tak więc nazwy żeńskie występują w zawodach  darzonych  mniejszym szacunkiem.

Socjolog i publicysta Stanisław Krawczyk  jest zdania: W Polsce pojawia się coraz więcej żeńskich nazw zawodów i stanowisk. Część z nich bywa określana jako feministyczna nowomowa. Niewątpliwie dla wielu osób określenia typu „psycholożka”, „reżyserka” i „prezydentka” mogą brzmieć dziwnie, ponieważ stosowane są od niedawna. Ale tak samo dziwnie musiały kiedyś brzmieć wyrazy „nauczycielka” i „poetka”. Najnowsze formy żeńskie nie są wymysłem ani modą, lecz świetnie wpisują się w długą tradycję wzbogacania polszczyzny o nowe słowa. Logiczne więc, że Michał Rusinek uważa: Sprowadzenie zawodów do  form męskich to był gwałt na języku.

Ale Michał Rusinek rozumie również  specyfikę  języka. Mówi:  Język to żywioł. Niektóre słowa przyjmie i wchłonie, bo dobrze brzmią, dobrze się deklinują, a ktoś, kto ma moc autorytetu, je do języka wprowadzi. Inne natomiast, choćbyśmy stawali na głowie, za przeproszeniem, wypluje. Na razie   feminatywy bywają nazywane „potworkami językowymi”. To,  jak będą się przyjmowały  żeńskie formy zawodów i stanowisk,  zależy od nas, zwyczajnych użytkowników języka. Tylko my  możemy  utrwalić  pewne  standardy, czyli    stworzyć uzus językowy.  Wystarczy pamiętać, że feminatywy:  są poprawne, są zgodne z logiką naszego systemu językowego, są dla niego naturalne i są formami tradycyjnymi dla polszczyzny (Maciej Makselon).

W poście zostały wykorzystane grafiki – kolaże stworzone przez Małgorzatę Koniorczyk. Autorka napisała:  Są to oryginalne słowa wyjęte z dwóch niezwykłych książek, które są herstorią (czyli historią opisywaną z  kobiecego punktu widzenia) w postaci czystej. Obie książki to wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość w latach  1910 – 1918 (wydane w 1927  i 1929 roku). Redaktorką  naczelną była Aleksandra Piłsudska. Warto zapoznać się ze słownictwem, którym opisywały swoją rolę w społeczeństwie. I pomyśleć, skąd dziś – po stu latach -  bierze się niechęć do feminatywów.

Ista

 

Grafika:

https://scontent.fpoz4-1.fna.fbcdn.net/v/t1.6435-9/123909231_3606684916061118_7270885407997068063_n.jpg?_nc_cat=103&ccb=1-7&_nc_sid=730e14&_nc_ohc=H4Vx2Xv_CdIAX-xuM2b&_nc_ht=scontent.fpoz4-1.fna&oh=00_AfCqENzTUyneriWFgzYs3EL0uCqwaJCpVDceWGw7KlLtzw&oe=6400CCB4