15 lutego 2020

Literackie fascynacje



  X  Miesiąc  Opowiadań



Piszę,

aby oswoić rzeczywistość, okiełznać świat,

sprowadzić go do rozmiarów A4.

(Nina Kowalczyk)



Dzisiaj czytelnicy szkolnego blogu mają przed sobą najlepsze opowiadanie X Konkursu „Miesiąc Opowiadań”. Jego autorką jest Nina Kowalczyk, uczennica I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Zamościu. Nina zdobyła również I nagrodę w Konkursie Literackim „Debiut” 2020 w kategorii – proza. Autorka przedstawia krótką autobiografię. Nina Katarzyna, przeżytych szesnaście jesieni, bo z listopada. Szczególną miłością darzy podróże i  literaturę, a obie te pasje łączą się ze sobą i wynikają jedna z drugiej.  Pisze, aby oswoić rzeczywistość, okiełznać świat, sprowadzić go do rozmiarów A4. Jej naturalne środowisko to kawiarnia gdzieś na świecie,  tym dalszym i bliższym, a atrybutem jest parująca kawa, czarny długopis oraz kołozeszyt.

Miłej lektury!

Blogerka
Nina Kowalczyk

Vesper irae

      Listopadowy wieczór. Pada deszcz. W kałużach odbijają się niebiesko-czerwone litery z nazwą supermarketu. Ludzie wybiegają skuleni przez automatycznie rozsuwane drzwi, kliknięciem otwierają stare, zardzewiałe samochody, do bagażników pakują za dużo plastikowych butelek, pakowanych próżniowo bochenków chleba, toreb płatków kukurydzianych bez glutenu, alkoholi, którymi będą tępić zmysły przez następny tydzień, do kolejnych zakupów. Deszcz odbija się od ich ortalionowych kapturów skrywających nijakie, pospolite twarze, spływa po ramionach, skleja włosy, zostaje na okularach. Odstawiają wózki, wyjmują żetony, wsiadają i odjeżdżają, aby jak najszybciej znaleźć się w swoich mieszkaniach, włączyć telewizor, popijając colę posłuchać o ekologii, jedząc winogrona o głodzie w Afryce. Życie toczy się najnormalniejszym  z normalnych rytmów, czysty konsumpcjonizm, nic nowego, wszystko tak jak ma być. Może oprócz niezidentyfikowanego kształtu znajdującego się dokładnie na wprost. Wytężam wzrok  i widzę, chociaż nie chcę. Ale chyba tylko ja to widzę.
      Przed wejściem, w największej kałuży, leży mężczyzna. Ręce i nogi ma rozłożone na boki, wygląda jak pięcioramienna gwiazda. Leży twarzą do dołu, nie wiadomo w jakim jest wieku, nie wiadomo czy oddycha, czy żyje. Beżowa bluza nasiąkła wodą, sprane dżinsy też, jest bez butów, bez skarpetek. Jest Grekiem. Nie mam pojęcia skąd to wiem, ale to wiem, jestem tego pewna. Nie wiem natomiast jak się tu znalazł, na skraju dnia i nocy, na końcu Unii Europejskiej, na styku stref czasowych. Ludzie prześlizgują się po kształcie wzrokiem, a potem odwracają się i udają, że zniknął. A może po prostu przyjmują do wiadomości fakt, że przed sklepem jest coś dziwnego, że coś nie powinno tu być, lecz małe, ludzkie mózgi nie nadążają z przetwarzaniem danych. Przechodzą nad nim, obok niego, małym kółkiem wózka przejeżdżają po dłoni. Mniejsze samochody omijają, zawracają, a te większe, o większych kołach, nie zwalniając, przejeżdżają mu po plecach. Na beżowej bluzie są teraz brudne ślady, a kręgosłup zmienił stan ze stałego na kruchy, pokruszony, w formie i kolorze wiórek kokosowych.
        Stoję pod dachem, o który bębni deszcz, obok bankomatu i bezdomnego palącego papierosa. Patrzymy na ciało, on takim niewidzącym, wyblakłym wzrokiem, a ja widzącym i niewyblakłym, ale obraz z oczu dotarł do mózgu i w tym miejscu się na razie zatrzymał, przykleił ręce do boków, a nogi wbił w kostkę brukową. Rejestruję nieżywego człowieka moknącego w ulewie stulecia, przyglądam się jego czarnym, krótkim włosom z ledwo widocznymi nitkami siwizny, które wydają się być najbliżej mnie, jak gdyby wyciągały się w moją stronę. Włosom, na które bezdomny rzuca niedopałek. Nie mogę wykonać ruchu.
       Ze sklepu wychodzi kobieta, w świetle nadjeżdżającego samochodu błyszczy jej kolczyk w nosie. Prowadzi za rękę małego chłopca trzymającego piłkę. Jego twarz jest cała pokryta strasznymi, ropiejącymi krostami, oczy są małymi szparkami, spuchnięte. Gdy podchodzą do ciała, chłopiec kładzie piłkę na ziemi i kopie rozpryskując brudną wodę na wszystkie strony. Uderza Greka w głowę, a matka bez słowa podchodzi i ją podnosi. Na pytanie chłopca, czemu ten pan nie odbił, odpowiada, że jest bardzo zmęczony i zasnął. Zasnął snem wiecznym.
        Im dłużej patrzę na ciało, tym bardziej wydaje mi się, że go znam, chociaż go nigdy nie widziałam. Wydaje mi się, że pochodzi z małej górzystej miejscowości Kalavrita na Peloponezie. Jako dzieciak biegał po zielonych wzgórzach, jako nastolatek autostopem jeździł nad morze. Potem wyjechał na studia do Aten. Pił kawę pod Akropolem, czytał Arystotelesa i Homera. Wyobrażał sobie siebie w białym szatach, w wieńcu laurowym. Był współczesnym Sokratesem, chodził ulicami stolicy starożytnej Hellady, zadawał skomplikowane pytania budząc gniew bogów.
       Z piskiem opon zatrzymuje się biały, ekskluzywny mercedes. Wybiega z niego zadbana kobieta pod pięćdziesiątkę, rzuca się na kolana, zaczyna krzyczeć. Deszcz zaczął padać mocniej, uderza o blaszane budy, zagłusza słowa, ale ludzie zaczynają się schodzić. Ktoś wyciąga telefon. Ktoś robi zdjęcia. Ktoś nagrywa. Ktoś przyklęka. Ktoś może dzwoni na policję, po karetkę. Inni otaczają zwłoki zwartym kołem. Ale jest już za późno. Tylko jeszcze zdążam pomyśleć, że z mojej perspektywy Grek wygląda jak pentagram.
      Dookoła ciała pojawia się ciemny kontur. Ciemniejący z każdą chwilą, poszerzający się, obejmujący coraz większą powierzchnię.  Mrok się rozprzestrzenia. Rośnie w siłę, jest niepohamowany. Gdy dociera do drzwi supermarketu, gasną światła. Wszystkie światła. Latarnie uliczne, sygnalizacja, neony. Światła zapalone w mieszkaniach w pobliskich blokach. Światła samochodowe. Jakby ktoś wyłączył świat. Słychać alarmy, wgniataną karoserię, krzyki, lamenty, jęki, zgrzytanie zębów. Pisk. Łamane kości. Kości łamane jak zapałki. Hurtowo. Jakąś wielką ręką o potężnej, nadludzkiej sile. Mrok gęstnieje, jest jak smoła, którą mieszkańcy wylewali z murów na Szwedów w siedemnastym wieku. Gorący jak miliony słońc. Nadciągnął czarną falą z wnętrza Ziemi, aby stopić serca i zmysły, aby czernią zalać duszę. I nagle słychać śmiech. Dochodzi zewsząd. Jakby się samo Niebo i Ziemia śmiały. Jakby umarli śmiali się z żywych. Żywych walczących w agonii.
       Swoją żonę poznał w Londynie, w którym pracował po skończeniu filozofii na Uniwersytecie Narodowym im. Kapodistriasa w Atenach. Parzył kawę i nakładał ciastka w sieciówce z widokiem na dworzec Victorii. Weszła do środka pachnąca styczniowym wiatrem, z walizką turkoczącą na podłodze. Zamówiła cappuccino i brownie, a on się przysiadł. I od tego czasu się nie rozstawali. Nie rozstawali się aż do tego czasu. Czyli, przypomnę, listopadowego wieczoru roku pańskiego dwa zero jeden dziewięć, 23°11′E długości i 50°50′N szerokości geograficznej, godzina dziewiętnasta dwanaście sekund pięćdziesiąt cztery, piątek.
        Nie widzę tego, że mrok wylewa się z okien domów, sklepów, samochodów, szkła pękają na miliony kawałków, rozbryzgują się, ranią policzki i dłonie, zostawiają na nich krwawe z krwi najgorszego sortu smugi. Że tryska z ludzkich oczu, uszu, ust. Że butelkowana woda stała się czarna, śmietana dwunastka i mleko trzy i dwie dziesiąte procenta tak samo. Ktoś na mnie wpada, ja się potykam, upadam na coś miękkiego. Wstaję. Mam mokre ręce, odruchowo na nie patrzę. Nie widzę nic. Ale domyślam się, że modły zostały me wysłuchane, że oto nadchodzi ostateczny kres ludzkości. Nie będzie więcej wojen, głodu, cierpienia, grzechu, rozpusty. Nie będzie Zła. Nie będzie Dobra. Kwiatów nie będzie, łąk nie będzie, kolorowych ptaków, wielobarwnych motyli. Ciszy, spokoju, kawy pod Akropolem już więcej nie będzie, w Cafe Nero też już nie, miłości, radości. Chociaż w sumie tych dwóch ostatnich nigdy nie było. Jedyne co teraz będzie to Oczyszczenie. Porządek. Alfa i Omega. Coś silnego w postaci Mroku przybyło, aby wszystko zakończyć.
       Miał na imię Ajschylos. Jak tragik grecki. Ulubiony pisarz jego świętej pamięci matki Epifanii, praczki miłującej literaturę klasyczną. Był jeźdźcem Apokalipsy, jednym z czterech, ostatnim. Jeźdźcem Śmierci. Pierwszym może była kobieta w mercedesie, zwyciężczyni wojny komunizmu z kapitalizmem. Drugim może ten chłopiec, trzecim najprawdopodobniej bezdomny.
       Krzyki nagle cichną. Deszcz przestaje padać. Nie słychać nic. Nie czuć nic. Wiatru. Oddechów. A potem wszystko staje się białe.
        Nie ma.
        Nic.
        Nie widzę już tego, że na parkingu i w środku świątyni dóbr doczesnych leżą setki ciał. Ale już po nich nikt nie przejedzie.
        Upadł Babilon.

Nina

Grafika:
https://cdn.pixabay.com/photo/2017/06/16/14/24/absorbed-2409314__340.png