20 marca 2016

Literackie fascynacje




         Niemiłość, nieprzyjaźń




                            Pi­sanie - czy­tanie, przed­sta­wianie - ogląda­nie                                     jest je­dynym spo­sobem uświado­mienia so­bie życia.
(Sławomir Mrożek)


Piszę, odkąd pamiętam, ale dopiero w liceum zaczęłam zajmować się tym na poważnie. W dużej mierze przyczynił się do tego Miesiąc Opowiadań, organizowany przez naszą bibliotekę szkolną. Jak na razie moim największym sukcesem jest osiągnięcie tytułu laureatki Wojewódzkiego Konkursu Literackiego oraz wydanie zbioru opowiadań, wspólnie z koleżankami, którego możemy spodziewać się już wkrótce. –Agata.

Agata już po raz trzeci wygrała konkurs Miesiąc Opowiadań. Jej opowiadanie „Po drugiej stronie muru” publikowało marcowe „Podświatło”. Poniżej zamieszczamy  opowiadanie Niemiłość, nieprzyjaźń.
Drogi czytelniku, masz przed sobą historię, którą trochę przeżyłem.  Mogłem też ją trochę wymyślić. Nie wiem. Pewne jest tylko to, że zdarzyła się dokładnie naprzeciwko moich myśli. Stanęła z nimi twarzą w twarz i zatrzepotała narcystycznie rzęsami. Prychnęła pogardliwie, odwróciła się  i odeszła.

            Zaczęło się od kałuży. Serio. Od brudnego bajora w niepamiętającym swej młodości chodniku. Nie jestem jednak całkiem pewien, czy można tu mówić o jakimś rozpoczęciu historii. Prędzej o prologu lub – lepiej – zwiastunie. No więc szedłem sobie chodnikiem, ze słuchawkami w uszach. Zobaczyłem całkiem ładną dziewczynę, idącą w przeciwnym kierunku i już włączałem uśmiech, przeznaczony dla pięknych nieznajomych, kiedy zahaczyłem o coś stopą i wpadłem prosto w wielką kałużę. Dziewczyna odeszła, śmiejąc się pod nosem, a ja próbowałem podnieść się z dna upokorzenia. Zacząłem szukać przyczyny mojego upadku i zobaczyłem dwa żółte trampki wybijające  jakiś rytm. Ich właścicielka, siedząca na ławce, patrzyła na mnie z uniesioną brwią, szczerząc zęby w uśmiechu. Nie wiedziałem nawet, jak zareagować, nigdy nie spotkałem się z podobną sytuacją. Kto podstawia nogę obcej osobie?

            - Jestem cały uwalany w błocie. – Powiedziałem z wyrzutem.

            - Nie o ubranie bym się martwiła, tylko o telefon. – Powiedziała ze śmiechem, wstała i wsiadła do jakiegoś autobusu, a ja podniosłem komórkę z mokrego chodnika, szczęśliwy, że wynaleziono wodoodporne telefony. Byłem tak zaskoczony, że zapomniałem, żeby się wkurzyć.  Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to zdarzenie całkiem zmieni moje życie.

            Drugi raz zobaczyłem ją po czasie wystarczająco długim, by część przygody z kałużą mi umknęła. Poznałem ją po żółtych trampkach. Stała, oparta o ścianę autobusu, a ja skorzystałem z okazji, że patrzyła w okno i zmierzyłem ją bezwstydnie wzrokiem. Miała na sobie obcisłe dżinsy i pomarańczowy płaszcz w jaśniejsze (nie wiem jak nazwać ten kolor), wielkie grochy. Włosy miała ciemne, grzywkę ściętą do brwi. Trzymała kubek termiczny, a przez ramię miała przewieszoną wielką teczkę. Nie należała do najbrzydszych, ale piękna też nie była. Wyglądałaby na całkiem przeciętną, gdyby nie żółte trampki i pomarańczowy płaszcz. Byłem nią, prawdę mówiąc, zaintrygowany, chociaż trudno było mi się do tego przyznać. Zdecydowałem się podejść do niej, ale nawet mnie nie zauważyła. Dostrzegłem wtedy różowe kabelki między jej włosami i z czystej ciekawości po prostu jeden wyjąłem i włożyłem słuchawkę do swojego ucha. To, co usłyszałem, okropnie mnie zaskoczyło. Leciała piosenka, którą znałem ze swojej nienawiści do niej: INNA – Bop Bop. W głowie mi się nie mieściło, że  taka dziewczyna słucha takiej muzyki. Zaśmiałem się, a ona wyrwała mi kabel z ucha. Traf chciał, że musiała wysiąść właśnie na tym przystanku. Nie wysiadłem za nią, nie jestem psychopatą. Pojechałem dalej, pomimo  że to był i mój przystanek.

               Po szczegółowej kalkulacji, jak na mat-fiza przystało, doszedłem do wniosku, że zdarzenie to było niezwykłe, a nasze następne spotkanie było jeszcze niezwyklejsze, chociaż znów w niezbyt romantycznej scenerii autobusu. Czekałem na to spotkanie nie więcej niż jeden dzień, a w międzyczasie słuchałem w kółko Bop Bop. Mimowolnie znalazłem w tej nucie jakąś specyficzną niezwykłość.

            Wsiadłem środkowymi drzwiami i zobaczyłem plecy pomarańczowego płaszcza przy kasowniku. Podszedłem od tyłu, zdjąłem szybkim ruchem jej różowe słuchawki i założyłem jej swoje (zielone). Odwróciła się i spojrzała na mnie zaskoczona. Właśnie w jej uszach rozbrzmiewała piosenka Zary Larsson – Never Forget You. Już chyba zaczynał się refren i zadowolony dostrzegłem, że kąciki ust nieznajomej się unoszą. Wtedy i ona mnie zaskoczyła. Założyła mi różowe słuchawki.  Usłyszałem: …, w których sama już gubię sens. Niepewności stan ogarnął mnie, nie potrafię czuć, nie potrafię chcieć, nie dogonisz myśli, w których sama już gubię sens. Szukam nas, w rozmyśleniach tonę wciąż, słowa tracą sens, ciało podpowiada, że nie może już biec za sercem, co mknie. Nie potrafię zmienić kolejnych losów bieg. Modlę się, by kolejny mój dzień nie stał się piekłem, jak twój wczorajszy sen. Słuchając tych słów patrzyłem na nią, a im dłużej patrzyłem, tym bardziej mnie przyciągała. Podobno oczy są zwierciadłem duszy. Nie wiem, czy mają aż taką rangę. Na pewno wiele można się z nich dowiedzieć, trzeba tylko umieć. Chyba nie miałem tej zdolności. Patrzyłem jej prosto w oczy i znalazłem w nich wiele błysków, ale żadnego nie potrafiłem zinterpretować.  Ona zaś patrzyła w przestrzeń. Jej ciemne oczy lśniły, a usta się uśmiechały. Kiwała delikatnie głową w rytm muzyki. Kiedy dojechaliśmy do jej przystanku (ale też mojego, do czego wciąż się nie przyznałem), zdjęła moje słuchawki, zabrała mi swoje i wysiadła bez słowa. Na zewnątrz odwróciła się jeszcze i puściła mi oczko. Oniemiałem. No dobra, nic wtedy nie mówiłem, ale gdybym mówił, na pewno bym oniemiał. Jeszcze nigdy żadna dziewczyna mnie nie speszyła. Zanotowałem sobie w myślach, by następnym razem być przygotowanym na coś podobnego. Chwała Bogu, że od razu się odwróciła. Co by sobie pomyślała, gdyby dostrzegła moje zakłopotanie?

            Następnego dnia, gdy zobaczyłem ją w autobusie, znów włożyłem jej do uszu swoje słuchawki, w których zaczynała się piosenka Imagine Dragons – Hopeless Opus. Ona zaś włożyła mi różowe słuchawki i usłyszałem nieznaną mi piosenkę, ale rozpoznałem głos Dawida Podsiadło. Śpiewał, że elektryczny staje się i  stwierdziłem, że te słowa nawet komponują się z moimi odczuciami, gdy patrzyłem w oczy nieznajomej. Po raz kolejny czułem silne przyciąganie.

            Nasza muzyczna rozmowa trwała wiele tygodni. Poznałem dokładnie każdy centymetr twarzy nieznajomej. A może znajomej? Kiedy właściwie zaczyna się znajomość? W chwili podania sobie dłoni i wymiany  imion? W chwili dodania się do listy przyjaciół na Facebooku? Nie wiem, ale nie obchodziło mnie to, póki mogłem patrzyć w jej oczy.

             Któregoś dnia zapytałem ją, dlaczego podstawiła mi nogę i przyczyniła się do mojej kąpieli w kałuży. Odpowiedziała ze śmiechem:
            - Lubię podstawiać nogi cwaniakom.
            - A ilu już padło twoją ofiarą? – Zapytałem. Uśmiechnęła się, lekko zawstydzona i powiedziała:
            - Jeden.
             Może to dziwne, ale poczułem się wyróżniony. Tak… chyba był to jeden z pierwszych objawów mojego szaleństwa.
              Dalej wymienialiśmy się piosenkami, a ja z czasem zdałem sobie sprawę, że i jej głos był muzyką. Piosenki, których słuchała przez moje słuchawki, komentowała z subtelną melodyjnością i smakiem. Chciałem słuchać jej więcej. Chciałem dowiedzieć się o niej więcej.  Pewnego dnia wysiadłem za nią z autobusu. Była zaskoczona, ale nie protestowała.
Nie chcąc tracić czasu zapytałem:
            - Chodzisz do Plastyka?
            Natychmiast odpowiedziała, że tak i zaczęła opowiadać o tym, że żałuje tej decyzji, ale, że jest już za późno. Poznała wspaniałych ludzi i nauczyciele też są w zasadzie spoko, tylko, że wolałaby chodzić do normalnego liceum, bo miałaby mniej lekcji i mogłaby skupić się bardziej na maturze. Mówiła bardzo dużo i była to kolejna rzecz, jaka mnie w niej zaskoczyła. W autobusie raczej nie była rozmowna. Nim się zorientowałem, dotarliśmy do jej szkoły. Chciała natychmiast tam wejść, ale zastąpiłem jej drogę.
            - Nie znam twojego imienia. – Powiedziałem. Roześmiała się i odpowiedziała:
            - Więc dlaczego nie zapytasz?
            - Jestem Adam – przedstawiłem się i podałem jej dłoń. Uśmiechnęła się zniewalająco i w ciągu ułamka sekundy stała się w moich oczach kimś istniejącym nie tylko w mojej wyobraźni, ale też w świecie rzeczywistym. Stała się osobą, posiadającą ciało, osobą, którą mogę dotknąć, osobą, z którą mogę rozmawiać. A ta osoba bez większego wysiłku nosiła imię lekkie, jak puch, imię melodyjne, imię historyczne, imię, które właśnie wkraczało w moją przyszłość.
            - Ania. – Niemal zaśpiewała. Uścisnęła moją dłoń i chciała ją cofnąć, ale nie pozwoliłem na to. Spojrzałem jej prosto w oczy, uruchomiłem całą siłą woli uśmiech, który w takich sytuacjach zawsze działał i powiedziałem:
            - Teraz musisz dać mi swój numer.
              Ona w odpowiedzi zaśmiała się i zrobiła krok w moim kierunku. Była tak blisko, że musiałem pochylić głowę, by patrzeć w jej oczy, a nie w czoło. Moje kolana zmiękły i czułem się dziwnie podekscytowany, tym bardziej, że wciąż trzymałem jej dłoń. Ania uniosła ironicznie jedną brew i prawie szeptem powiedziała:
           - Nic nie muszę. Za to ty coś musisz.
           - Co muszę? – Zapytałem.  Moje serce biło jak szalone, a ona na to:
          - Musisz zejść mi z drogi.
            Znów na chwilę odebrała mi mowę, ale zebrałem się w sobie i flirciarskim tonem powiedziałem:
          - Jeśli ładnie poprosisz… - Dobrze jednak wiedziałem, że Ania nie należała do dziewczyn, które ładnie by poprosiły. Zaśmiała się, pokręciła głową i szybkim ruchem wyrwała swoją dłoń z uścisku mojej. – No dobra… - ustąpiłem. Zanim weszła do szkoły, odwróciła się jeszcze i mrugnęła do mnie. Za późno przypomniałem sobie, że miałem być przygotowany na takie sytuacje, ale na szczęście dziewczyna szybko zniknęła za drzwiami.
          Drogi Czytelniku, możliwe, że trochę rozwlekłem się z opisami moich spotkań z Anią: krótkich i przypadkowych. Jednak wierz mi, były to najbardziej wyjątkowe dni mojego życia. Możesz myśleć, że nie zdążyłem nawet dobrze jej poznać, ale założę się, że ty też miałeś kiedyś uczucie, że kogoś, kogo dopiero spotkałeś, znasz tak naprawdę przez całe życie. A później wszyscy żyli długo i szczęśliwie…, ale nie w naszym przypadku. Później wiele się zmieniło. Kolejny zbieg okoliczności ponownie  odmienił moje życie. Czy znów trafiłem do punktu wyjścia? Być może, ale podczas mojej nieobecności, ten punkt drastycznie się zmienił.
           Szedłem do szkoły nieusatysfakcjonowany, bez numeru Ani, bez obietnicy na coś więcej. Chociaż, czy jej zachowanie nie było jakąś formą obietnicy? Jeśli ona nie zachowuje się jak dziewczyna zainteresowana chłopakiem, to jak zachowuje się taka dziewczyna? Nie dawało mi to spokoju.
           Dodatkowo stwierdziłem, że idę na bezsensowne lekcje. Gdyby nie perspektywa zobaczenia Ani, nawet nie wyruszyłbym tego dnia do szkoły. I może postąpiłbym słusznie. Samochód, który mnie potrącił w drodze na wagary, nie jechał na szczęście na tyle szybko, by uszkodzić we mnie coś więcej, niż tylko nogę. Sęk w tym, że złamana noga uziemiła mnie na kilka miesięcy. Najpierw leżałem w szpitalu, potem w domu, potem jeździłem do szkoły samochodem, wracałem od razu po lekcjach - też samochodem. Brak perspektywy zobaczenia Ani. To bolało mnie nawet bardziej, niż zraniona kończyna. Że też nie zmusiłem jej do zostawienia mi numeru telefonu…
           Chodziłem, a raczej kuśtykałem, jak struty. W końcu jednak przyszedł mi do głowy genialny pomysł. Wszedłem na stronę liceum plastycznego i na plany lekcji. Wiedziałem, że Ania chodziła do trzeciej klasy. Ku mojej radości, ten rocznik miał tylko klasę A. Nie tak jak u mnie – aż do J. Trochę mnie przeraził jej plan lekcji. Między normalnymi lekcjami jak w każdym liceum, było snycerstwo, rysunek i malarstwo oraz rzeźba. Były dni, że kończyła lekcje po szesnastej, a przecież miała jeszcze jakieś dodatkowe zajęcia z rysunku postaci. Ma – sa - kra. Właśnie to wtedy pomyślałem.
           Kilka minut po szesnastej usiadłem niezdarnie na ławce naprzeciwko jej szkoły. Pozostało czekać. W końcu usłyszałem dzwonek. Obawiałem się, że może została na jakieś dodatkowe zajęcia, o których nie wiedziałem. Trochę bałem się patrzeć na twarze uczniów (a jeśli zmieniła fryzurę i jej nie poznam?), patrzyłem więc na stopy. W którymś momencie pojawiły się żółte trampki. Moje serce przyspieszyło rytmu. Przenosiłem wzrok powoli, od zgrabnych, szczupłych nóg, przez dżinsową spódniczkę i białą koszulkę, aż dotarłem do jej oczu. Nie ścięła znów grzywki. Jej piękne czoło było odsłonięte. Uśmiechała się szeroko. W końcu mnie dostrzegła i jej twarz momentalnie zgasła. Spuściła oczy, gdy jakiś chudy dryblas  złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Myślałem, że coś we mnie pęka. Może to serce wstrzymało pompowanie krwi.
            Następnego dnia przekonałem tatę, że  sam potrafię dotrzeć do szkoły. Wsiadłem do autobusu i zobaczyłem Anię, opierającą się o żółtą barierkę. Stanąłem przed nią. Spojrzała na moją nogę w gipsie i kule.
         - Cześć. – Powiedziała jakimś dziwnym, złamanym głosem. Milczałem, w końcu znów się odezwała, ale z trudem – Adam, nie widziałam cię kilka miesięcy, a przecież… nic ci nie obiecywałam. Wiesz… wciąż możemy być przyjaciółmi.
         Nie mogłem powstrzymać śmiechu. Przyjaciółmi? No błagam, kto wierzy w takie rzeczy? Przez moje ściśnięte gardło przepłynęły słowa:
          - Daj spokój, to nawet na filmach nie działa.
           Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale chyba zabrakło jej słów. Dałem jej do potrzymania kulę i jedną ręką wyjąłem z kieszeni zielone słuchawki. Włożyłem jej do ucha jedną, a sobie drugą. Tym razem chciałem słuchać razem z nią.
What have I got to do to make you love me
What have I got to do to make you care
What do I do when lightning strikes me
And I wake to find that you're not there

What do I do to make you want me
What have I got to do to be heard
What do I say when it's all over
And sorry seems to be the hardest word

It's sad, so sad
It's a sad, sad situation
And it's getting more and more absurd
It's sad, so sad
Why can't we talk it over
Oh it seems to me
That sorry seems to be the hardest Word
                To był ostatni raz, gdy słuchaliśmy  razem muzyki. W oczach Ani zalśniły łzy, ale je powstrzymała. Nikt im nie obiecywał wolności wyboru.
            Tak się składa, że wszystko jest bałaganem.

Agata


Grafika:


http://www.tio.pl/foto_shop/7126_jbl-reflect-bt-sluchawki-sportowe-_2.jpg

http://kolorowe.net/pol_pl_Coloud-Colors-Green-29_1.jpg
http://hurtgps.pl/userdata/gfx/4ef2442e030905a16d3817086abe1aec.jp