20 października 2013

Spotkanie ze sztuką

          Na smutki i troski - 
            Teatr Żydowski!


 
Pytają mnie często za granicą, po co jest ten teatr (…)
Ten teatr jest częścią składową polskiej kultury.
(Szymon Szurmiej)


Jest dzień 11 października. My, uczniowie humanistycznej klasy, wraz z uczniami drugich klas i nauczycielami, gościmy  w stolicy. Przeżywamy niezapomniane chwile w drodze, pogłębiamy naszą wiedzę o historii w Pałacu Wilanowskim, cieszymy się odrobiną wolnego czasu w Warszawie. U każdego z nas można zauważyć zmęczenie, ale to jeszcze nie koniec wycieczki: zmierzamy ku Teatrowi Żydowskiemu na spektakl: “Dla mnie bomba”. Nie każdy z nas często odwiedza teatr, wielu z nas będzie tam pierwszy raz. Dają się słyszeć takie słowa jak: “zasnę”, czy “będzie nudno”. Nic bardziej mylnego. 

W holu gromadzą się dorośli ludzie, elegancko ubrani, poruszają poważne tematy, posługując się starannie dobranym językiem. Wśród nich stoimy my, młodzi ludzie z małego miasta, nie do końca pewni siebie w tłumie ludzi doskonale znających teatr. Nagle dzwonek, wszyscy kierują się do sali, zajmują miejsca i czekają. Po kilku minutach na scenie pojawia się starszy pan w garniturze. Jest to jeszcze nieznany nam dyrektor teatru, Szymon Szurmiej, wybitna postać w historii polskiej sztuki, aktor i reżyser. Powolną mową obwieszcza, czym jest nadchodzący spektakl, zaczyna objaśniać sens żartu żydowskiego i przytacza kilka bardzo zabawnych dowcipów. Pozwolę sobie zacytować jeden z nich:
“W cyrku Amerykanin zauważył konia, który wykonywał każde polecenie. Zauroczony nim postanowił go odkupić od właściciela, którym był Żyd. Kupując zapytał:
- W jakim języku mam wydawać rozkazy?
- Po żydowsku.
- W jaki sposób, jeżeli nie znam tego języka?
- To bardzo proste: mówisz “oj” - a on idzie, mówisz “ojoj” - koń biegnie, “ojojojojojoj” - koń cwałuje, a jak chcesz go zatrzymać - mówisz “szalom”. Amerykanin zabrał konia w góry. Powiedział “oj” - koń ruszył. Powiedział “ojoj” - koń zaczął biec. Powiedział “ojojojojojoj” - koń cwałuje. Przed nim wielka przepaść i… zapomniał jak go zatrzymać. W ostatniej chwili krzyknął “szalom!”. Koń się zatrzymał. Amerykanin spojrzał w przepaść i powiedział: ojojojojoj…” 

Już w tym momencie dyrektor Szurmiej wzbudził  w nas duże zainteresowanie. Niestety, aktorzy go ponaglali, a zapewne miał jeszcze nam do opowiedzenia wiele doskonałych żartów. Na koniec dodał bardzo mądre słowa, które z czasem okazały się prawdą, a brzmiały one mniej więcej tak: Wszelkie smutki i przemyślenia pozostają za drzwiami teatru. Pan Szurmiej schował się za kurtyną, która po chwili się rozsunęła, odsłaniając scenę. Na niej sklep z płytami pewnego Żyda, który już na wstępie zaczyna nam opowiadać, że źle mu się wiedzie. Poza sklepem jest ławeczka, prawdopodobnie kawałek ulicy. Wybiegają kobiety, śpiewają piosenkę o bajglach, żydowskim pieczywie, tańczą z koszykami. Ten spektakl to połączenie widowiska muzycznego z komedią - tak zdefiniował to przedstawienie dyrektor Szurmiej. Kolejne występy były więc pełne muzyki. Na scenie znów pojawia się dyrektor teatru, tym razem jako aktor. Wtedy to poznaliśmy prawdziwą żydowską komedię. Widownia śmiała się do łez z dialogu między właścicielem sklepu a starszym panem, którego grał  Szymon Szurmiej. Dialogu o Einsteinie i Weinstenie. Potem znów śpiewy i tańce. Każda z piosenek miała związek z kulturą żydowską. Niektóre  z nich odnosiły się do potraw ( jedna z nich była śpiewaną formą przepisu!). Akt I zakończyła piosenka, w której wzięła udział większość aktorów, w tym żona pana Szurmieja, Gołda Tencer.Przerwa. Moment, żeby każdy mógł odetchnąć. Wszyscy są podekscytowani, szukają wiadomości o Szymonie Szurmieju, o teatrze żydowskim i robią plany na kolejny wyjazd do teatru. Widowisko zrobiło wielkie wrażenie. Ale co najlepsze - to jeszcze nie koniec! Znów to samo miejsce i znów kurtyna się rozsuwa. Wychodzi młoda, piękna aktorka. Śpiewa. Dała tym znak, że II akt będzie jeszcze większym widowiskiem muzycznym. Aktorzy profesjonalnie tańczą i śpiewają na deskach sceny.   
Wszystko wywarło na nas  ogromne wrażenie, ale jak wiadomo, gwiazdą wieczoru był Szymon Szurmiej. 90-letni pan śpiewał i tańczył na scenie w koszulce z napisem “Ojciec Dyrektor”. Był to imponujący widok, gdyż nie spotyka się ludzi, którzy w takim wieku nadal mają tyle temperamentu. W dyrektorze Szurmieju nadal żyje młoda dusza. Całe przedstawienie zakończyła wpadająca w ucho piosenka o tytule takim samym jak przedstawienie. Wszyscy aktorzy wyszli na scenę i wspólnie śpiewali. Trzykrotnie kłaniali się, otrzymali bowiem owacje na stojąco. Pan Szurmiej poprosił, abyśmy spoczęli. Podziękował widowni, twierdząc, że była wyjątkowa i spisała się z brawami. Nieustannie żartując, doszedł do momentu pożegnania. Jednak żegnać się nie chciał. Dziękował nam i życzył miłego wieczoru, ale nie chciał pozwolić sobie na użycie słowa "pożegnanie”. W doskonałych nastrojach opuszczaliśmy teatr. Pan Szurmiej również zmierzał ku wyjściu, więc grupa uczniów otoczyła go, prosząc o autografy i wspólne zdjęcie.

Jeszcze długo po opuszczeniu teatru w głowie i duszy grało nam: “Dla mnie bomba”. Do dziś czuję tę atmosferę panującą w teatrze, chwili zapomnienia o troskach życia codziennego. Brakuje tego, gdyż teatr to inne życie. To coś innego niż płytka telewizja lub coraz słabsze książki pisane tylko dla pieniędzy. Tu w teatrze można było odczuć wkład ludzkich serc. Ludzi, którzy kochają to, co robią, potrafią to robić i chcą to robić, by uszczęśliwiać siebie i uszczęśliwiać innych. Zdobywać grono zadowolonych widzów, wśród których znalazłem się ja.

Rafał

Grafika: 
Własne zdjęcie

https://teatry.waw.pl/wp-content/uploads/2012/03/Dla-mnie-bomba-Szymon-Szurmiej-fot.-Jacek-Barcz.jpg

18 października 2013

Co w trawie piszczy?

          
     Sposób na integrację      

 
Słodko jest poszaleć
w odpowiednim miejscu.
(Horacy)


Przed laty poeta powiedział: „Kobieto! puchu mar­ny! Ale czy to prawda? Czy wszystkie kobiety są słabe? Otóż nie! Dziewczyny z I f są tego najlepszym przykładem!
  
3 października 2013 roku, my - dziewczyny z biol - chemu - w ramach wyjazdu integracyjnego udałyśmy  się na paintball (dla niewtajemniczonych: symulacja walki z użyciem pocisków barwiących) do lasu, niedaleko pięknej miejscowości Potok Senderki.  Godzina zbiórki: wpół do ósmej. I jak to bywa z kobietami, część przybyła dużo przed czasem, a reszta - dużo po czasie. Z powodów, których łatwo można się domyślić. Ranek był niezwykle chłodny , a do tego kierowca się spóźnił i o wszelkie przyszłe choroby został obwiniony –oczywiście – organizator, który naprawdę bardzo się starał. Z półgodzinnym opóźnieniem ruszyliśmy nareszcie naprzeciw przygodzie. Nasza zgrana klasa już w trakcie krótkiej podróży znalazła sposób na  integrację. Część dziewcząt  bawiła się w ''zgadnij, jaki to smak'' - coś w stylu fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta (Harry Potter), tylko że z gumami do żucia. Inne grały w „prawda czy wyzwanie”.
  
Gdy dotarłyśmy na miejsce,niektóre dziewczyny zdziwiły się, że zostały wywiezione w środek lasu, tak jakby przewodnicząca im wcześniej  o tym nie mówiła. Na polance czekało na nas  ognisko, przy którym podzieliliśmy się na grupy.  Profesor od wuefu z dwunastoma dziewczętami poszedł głębiej w las na pole bitwy.  Powiadają, że kobieta mściwą jest. Chyba tak, bo postanowiłyśmy się odegrać za wyczerpujący aerobik z poprzedniego dnia . No i postarałyśmy się! Profesor odpadł pierwszy i do tego kolorowy! Bawiliśmy się, dopóki nie zabrakło kulek i dopóki miałyśmy siły. Potem zgrzane i zmęczone, ale szczęśliwe, dołączyłyśmy  do biesiadujących przy ognisku.
  
Delikatniejsza część naszej klasy pod opieką Pani wychowawczyni oraz Pani od wychowania fizycznego udała się na spacer, aby  obejrzeć sztolnie w Potoku Senderkach. Sztolnie w tej miejscowości to podziemne kopalnie, które w drugiej połowie XIX były źródłem kamienia wykorzystywanego do produkcji kamieni młyńskich. W czasie wędrówki dziewczyny bawiły się bardzo dobrze, o czym świadczą poniższe zdjęcia.
   
W trakcie ogniska próbowałyśmy ćwiczyć nasz hymn klasowy. Kilka osób poszło do lasu, reszta natomiast rozegrała razem z nauczycielkami turniej siatkowy. W czasie ich gry przy ognisku pojawiła się kupka ślicznych podgrzybków, a nawet kilka koźlarzy. Dwie dowcipne koleżanki nazbierały muchomorów. Pod koniec wycieczki kilka z nas eksperymentowało z freesby, co wyglądało komicznie. A potem? Powrót do Zamościa, ale z nadzieją, że to nie była ostatnia wycieczka. Czekamy więc na kolejne udane wyjazdy.
 
Narcyza i Biologiczka

Grafika:  własna