31 października 2026

Przeczytane, przemyślane, skomentowane

 

         

           Bogactwa pokoleń



Biblioteka gromadzi bogactwa wieków i pokoleń,

mogą z nich czerpać bez miary nieprzeliczone tłumy,

a nigdy nam nie poskąpi ani mądrości, ani światła.

(Jan Wiktor)


Tworzenie bibliotek (już od czasów starożytnych) było podyktowane ludzkim pragnieniem dostępu do wiedzy i kultury. W kolejnych wiekach powstawały biblioteki prywatne, klasztorne, uniwersyteckie, a  z czasem – publiczne. Najpierw miały charakter elitarny, a potem stopniowo otwierały się na szersze kręgi czytelników.  Od XIX wieku do dziś jest realizowana idea powszechnego dostępu do bibliotek, które stały się instytucjami  kultury i oświaty.

Starożytność. Najstarsze biblioteki powstały w starożytnym Egipcie i starożytnej Mezopotamii - świątynne i przyświątynne – a opiekowali się nimi kapłani, początkowo jedyni czytelnicy ksiąg. Na Wschodzie  (na przykład w Asyrii)  władcy zakładali biblioteki pałacowe, zwane „domami ksiąg”. W starożytnej Grecji tworzono zarówno biblioteki prywatne, jak i  przy świątyniach, szkołach i gimnazjonach. Regulamin  zastrzegał:  „żadna książka nie będzie zabrana na zewnątrz, ponieważ tak  przysięgliśmy.” Najwspanialsza biblioteka znajdowała się w Aleksandrii (70 tysięcy zwojów) skupiająca uczonych  oraz połączona z obserwatorium astronomicznym, ogrodem botanicznym i zoologicznym (zdjęcie wyżej: Biblioteka Aleksandryjska). W Rzymie założono pierwszą publiczną bibliotekę, w której ze zbiorów mogli korzystać wszyscy wolni obywatele, ale tylko na miejscu (wypożyczenia prezencyjne).

Średniowiecze. W tym czasie powstawały biblioteki tam, gdzie byli wykształceni  czytelnicy ksiąg, czyli przy klasztorach i uniwersytetach. Regulaminy  bibliotek klasztornych ograniczały dostęp do zbiorów – mogli z nich korzystać głównie zakonnicy. Czasem wypożyczano księgi komuś spoza klasztoru (po wypełnieniu rewersu, złożeniu przysięgi i pobraniu zastawu). W średniowieczu istniały też biblioteki katedralne, kolegiackie i parafialne. Nieocenioną rolę pełniły biblioteki uniwersyteckie, takie jak przy Akademii Krakowskiej (zdjęcie: wyżej). Pracowali w niej  znani na świecie  duchowni, politycy, prawnicy i teologowie (na przykład:  biskup Zbigniew Oleśnicki, a także Paweł Włodkowic, Jan z Ludziska, Jan Kanty, Jan Długosz).  Księgozbiory  były przeznaczone dla pracowników naukowych uczelni oraz  z czasem dla studentów (początkowo mieli oni swoje biblioteki w bursach). Były to jednak udostępnienia prezencyjne, czyli w czytelni. Średniowiecze to czas powstawania bibliotek dworskich, które były tworzone „sobie i przyjaciołom”, a prym w nich wiodły kroniki i roczniki. Niemniej  jednak były bardzo ważne, ponieważ świadczyły o zamiłowaniach  bibliofilskich  ich właścicieli , ale też o  coraz większej roli książek.

Odrodzenie – barok - oświecenie. Wynalazek druku wpłynął  na wzrost zainteresowania książkami (głównie w najbogatszych kręgach społecznych), zwłaszcza  że były tańsze i szybciej powstawały.  Czytano przede wszystkim w środowiskach akademickich  i kościelnych, ale zapotrzebowanie na  książki  było też wśród  prawników, lekarzy, nauczycieli, urzędników, kupców,  bankierów. Wzrost popularności książek odnotowano, gdy do Polski dotarły  z Europy prądy umysłowe odrodzenia. W tym czasie edukacja stała się bardzo ważna, co potwierdzają słowa króla Stefana Batorego  skierowane  ponoć do ucznia zamojskiej szkoły: „Ucz się chłopcze łaciny, a zrobię  cię mości panem”. Barokowy filozof Gottfried Wilhelm Leibniz postulował, aby biblioteka była miejscem  kształcenia się znawców  różnych dziedzin wiedzy. Ten pogląd podzielał pisarz Andrzej Maksymilian Fredro, widząc w  nauce  szansę rozwoju gospodarczego kraju. Władcy  zakładali biblioteki nadworne, które później stały się bibliotekami narodowymi. W  Polsce  charakter publiczny, ale jednocześnie elitarny, miała  Biblioteka Załuskich, ponieważ  była przeznaczona głównie dla uczonych i literatów. Na rozwój  bibliotek w XVI wieku ( przede wszystkim w kręgach protestanckich)  wpłynęła reformacja, a  w XVIII wieku – Komisja Edukacji Narodowej, która przyznała bibliotekom  dotacje  na  ich funkcjonowanie.

XIX wiek.  W tym czasie  stopniowo wprowadzano powszechną edukację, ale niestety zaborcy nie byli zainteresowani rozwojem polskiej oświaty i kultury. Ponieważ nie było wsparcia państwa,  obowiązek (i przywilej)  gromadzenia  oraz  ochrony  księgozbiorów, a także pamiątek narodowych,  spadł  na obywateli. Ogromną rolę odegrały więc prywatne biblioteki, a w II połowie XIX wieku – biblioteki powszechne (z inicjatywy towarzystw charytatywnych i  oświatowych). Cel ich działania: walka z analfabetyzmem oraz  szerzenie oświaty wśród niższych warstw społecznych (praca u podstaw). Do największych bibliotek rodowych i fundacyjnych należały: Biblioteka Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, Biblioteka Ordynacji Zamojskiej w Warszawie (zdjęcie: wyżej), Biblioteka Ordynacji Krasińskich w Warszawie, Biblioteka Kórnicka, Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu, Biblioteka  Czartoryskich w Krakowie. Należy podkreślić również  zasługi Towarzystwa Oświaty Ludowej, które działało  społecznie, czuwając  nad  tworzeniem i działaniem bibliotek na wsiach. Jego  pracę kontynuowało Towarzystwo  Czytelni Ludowych (polska organizacja oświatowa).

XX wiek. Wzrosło  zapotrzebowanie na książki wśród wszystkich warstw społecznych w związku ze zmniejszaniem się poziomu analfabetyzmu, co szczególnie wyraźnie się uwidoczniło  po I wojnie światowej. Wówczas biblioteki miały  do odegrania ważną rolę - ukierunkowanie mniej wykształconych i nieradzących sobie z wyborem odpowiednich lektur. W wieku XX   nastąpił znaczący  rozwój bibliotek publicznych, które włączyły się  w rozwój oświaty oraz czytelnictwa. Nie tylko szkolnictwu, ale również bibliotekom po II wojnie światowej przypadł udział w likwidacji analfabetyzmu wśród dorosłych oraz wspieranie kształcenia dzieci i młodzieży. I tak na przykład w latach 1948 – 1950 powstało 20 tysięcy bibliotek, głównie na wsi, gdzie zaniedbania były największe. Wspierane przez państwo biblioteki były instytucjami kultury, oświaty i nauki. Zdjęcie wyżej: Biblioteka Uniwersytecka w  Warszawie.

XXI wiek. Jaka będzie przyszłość bibliotek? Profesor Jadwiga Kołodziejska w książce „Szerokie okno biblioteki” napisała:  „Myślenie i pisanie o bibliotekach cechują dwie skrajności […]. Według pierwszej, biblioteki są instytucjami anachronicznymi, nieprzydatnymi w życiu współczesnym, niemającymi przyszłości. […] Drugą  skrajnością są marzenia o tym, że bibliotekę zastąpi Internet […]”  Rzeczywiście Internet wpływa na zmniejszenie liczby czytelników w bibliotekach, ponieważ  dzięki niemu  mają  oni szybki i łatwy  dostęp do informacji. Szkoda tylko, że bezkrytycznie podchodzą do tych powierzchownych, niesprawdzonych i niekiedy nieprawdziwych wiadomości. Jednak z jakichś względów to im wystarcza i dlatego jedynie kilkanaście procent społeczeństwa dobrowolnie korzysta z bibliotek. Inni z kolei powiadają, że nie muszą chodzić do biblioteki, żeby i tak skorzystać z jej zbiorów. Aby jednak czytelnik mógł pracować zdalnie,  ktoś w bibliotece księgozbiór  opracowuje, klasyfikuje, opatruje sygnaturą, włącza do bibliografii  czy katalogu, dygitalizuje. Tak więc biblioteki są potrzebne, a działają zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i elektronicznej.

Czyżby historia bibliotek zatoczyła koło? Czy  niedługo biblioteki staną się miejscem elitarnym? Przeznaczonym dla ludzi naprawdę poszukujących wiedzy.  Dla uczniów naprawdę  uczących się  i studentów naprawdę studiujących, a nie tylko kopiujących cudze myśli.

Lectio


Grafika:

https://www.national-geographic.pl/media/cache/big/uploads/media/default/0014/77/biblioteka-aleksandryjska-fot-leemage-corbis-via-getty-images.jpg

https://www.mabpz.org/images/_INSTYTUCJE-GALERIE-kb/BJ-Krakow/Biblioteka-Jagiellonska-05b.jpg

http://muzeumpamieci.umk.pl/wp-content/uploads/2019/08/biblioteka.png

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/dd/Biblioteka_Ordynacji_Zamojskiej.jpg

https://www.uw.edu.pl/wp-content/uploads/2023/09/biblioteka-uniwersytecka-w-warszawie-.jpg

24 października 2026

Podróże kształcą


Dorastałam na Zielonej Wyspie 



 

Irlandia była miejscem odnowy nadziei i nadal tak ją postrzegam.

(Daniel Day-Lewis)

 

Nie każdy może powiedzieć, że pierwszych  10 lat swojego życia spędził za granicą. Ja miałam taką możliwość. Urodziłam się i wychowałam w Irlandii a konkretnie w jej stolicy, Dublinie. Dorastanie w Irlandii było ciekawym i niezwykłym doświadczeniem, zupełnie innym niż mogłoby się wydawać osobom znającym ten kraj z atlasów czy zdjęć. 

Irlandzka pogoda to temat, z którego żartują sami Irlandczycy.  W ciągu jednego dnia można doświadczyć wszystkich zjawisk atmosferycznych – rano mgła, w południe deszcz, po południu silny wiatr, a wieczorem słońce. To sprawiało, że nigdy nie wiedziałam, czy wyjść w kurtce przeciwdeszczowej, czy w krótkim rękawie. Co ciekawe, gdy tylko pojawi się choćby promień słońca, to ludzie natychmiast wybierają się na plażę czy do parku, nawet jeżeli jest tylko 15 stopni. Nikt nie czeka na „idealną” pogodę – każdy korzysta z chwili, gdyż wie, że dni z piękną pogodą są rzadkością. Dzięki częstym opadom Irlandia jest niesamowicie zielona, co dało jej przydomek „Zielona Wyspa”. 

Irlandczycy są bardzo życzliwi i otwarci. „Small talk”, czyli krótka, niezobowiązująca rozmowa na neutralne tematy, takie  jak pogoda czy weekend, jest u nich codziennością. W sklepie  lub na ulicy często nawiązują rozmowę, nawet z osobami, których nie znają. Pamiętam też, że nieraz byłam zaczepiana na ulicy czy w sklepie przez starsze panie, które z uśmiechem mnie chwaliły, mówiły miłe słowa albo pytały, jak mija dzień. Dzięki właśnie takim sytuacjom zapamiętałam Irlandczyków jako ludzi bardzo otwartych i serdecznych. 

Szkoła w Irlandii miała swoje charakterystyczne elementy. Mundurki były obowiązkowe, w  każdej szkole inny  kolor i herb. Każdy dzień zaczynał się apelem, a każdy tydzień kończył się rozdawaniem dyplomów dla wyróżniających się uczniów. Organizowano różne zajęcia, konkursy i wydarzenia – dni sportu, pieczenie ciast, kiermasze, wyjazdy na basen i naukę gry na flecie oraz bodhranie (bębnie). W klasach panowała swobodna atmosfera, a relacje z nauczycielami były mniej formalne niż w Polsce. Oprócz języka angielskiego, którym porozumiewałam się na co dzień, poznawałam język irlandzki (gaelicki). Co ciekawe, mimo  że prawie wszyscy mówią po angielsku, irlandzki jest pierwszym językiem urzędowym. W niektórych regionach, zwanych Gaeltacht, nadal używa się go na co dzień. 

Dużą rolę w życiu codziennym i szkolnym odgrywał sport. Popularne były nie tylko piłka nożna czy rugby, ale także tradycyjne irlandzkie dyscypliny, takie jak hurling czy futbol gaelicki. Po lekcjach były zajęcia sportowe organizowane przez Gaelic Athletic Association (organizację sportową),  podczas  których uprawialiśmy narodowe sporty irlandzkie, a same mecze przyciągały całe rodziny i budowały poczucie wspólnoty. 

Muzyka tradycyjna była czymś naturalnym – nie jako atrakcja, ale część codzienności. W wielu miejscach, szczególnie w centrum miasta muzycy się gromadzili i grali na skrzypcach, flecie czy bodhranie. Można było usłyszeć charakterystyczne melodie nie tylko  podczas lokalnych wydarzeń, ale i w zwyczajne dni.  Ważnym wydarzeniem każdego roku był Dzień Świętego Patryka. Całe miasto  zamieniało się wtedy w morze zieleni – ubrania, dekoracje, a nawet potrawy. Parady były kolorowe i pełne energii, a atmosfera przypominała wielkie narodowe święto. Wtedy nawet najbardziej poważny mieszkaniec Dublina nagle zamieniał się w prawdziwego fana zielonego kapelusza i wesołej muzyki. 

Jednym z moich ulubionych miejsc było nadmorskie Howth. Tam często jeździliśmy na rodzinne wycieczki. Można było zobaczyć foki w porcie, spacerować po klifach i obserwować latarnię morską. Howth słynie też z bardzo świeżych owoców morza – to jedno z miejsc, gdzie rybołówstwo wciąż ma duże znaczenie. Poza miastem krajobrazy były pełne owiec pasących się na zielonych wzgórzach. Jest to prawdziwy obraz irlandzkiej wsi, który do dziś zostaje w pamięci. 

Dorastanie w Dublinie dało mi coś więcej niż znajomość języka angielskiego. Nauczyło mnie otwartości, swobody w rozmowie i odwagi w poznawaniu nowych ludzi. Życie w mieście, które łączy tradycję z nowoczesnością, sprawiło, że od dziecka funkcjonowałam w międzynarodowym środowisku. Dziś wiem, że pierwszych dziesięć lat spędzonych w Irlandii miało ogromny wpływ na moją osobowość i sposób patrzenia na świat – i jestem za to doświadczenie naprawdę wdzięczna. 

Lena 

 

Grafika:

zdjęcia własne 

17 października 2026

Językowe potyczki

 

 Pomyśl, zanim  zadedykujesz!


(…) specjaliści od marketingu prześcigają się

z ofertami „dedykowanymi”  dla swoich klientów.

Najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego,

że takie sformułowanie jest błędne.

Ta konstrukcja  zapożyczona została z języka angielskiego 

(„dedicated to”).

(Jerzy Bralczyk)


W ostatnim czasie naszych rodaków ogarnęło istne szaleństwo dedykowania. Nawet przeciętnie wyczulony na błędy językowe człowiek dostaje dreszczy, gdy słyszy o tym obcym  polszczyźnie dedykowaniu. I nic to, że już Mikołaj  Rej w zamierzchłych  czasach pisał o Polakach, iż swój język mają. Oni najwyraźniej wolą być papugą narodów, jak  uważał Juliusz Słowacki. Na płaszczyźnie językowej  zjawisko papugowania widać na przykładzie mnożących się niepoprawnych i niepotrzebnych kalek.

Dedykowanie w natarciu!  Zacznę  od językoznawcy Jana Miodka, który – podobnie jak  językoznawca Jerzy Bralczyk - walczy z  dedykowaniem  używanym  w niewłaściwym znaczeniu. Przytacza następujące przykłady: Do kontaktów z państwem została dedykowana pani taka a taka. W wagonie restauracyjnym serwujemy dania dedykowane w karcie.  Kupiłem śruby dedykowane do tego typu ścian. Pieniądze te będą dedykowane na budowę nowego obiektu. Mariusz Szczygieł (dziennikarz i pisarz) zauważył  i sfotografował  w warszawskiej galerii Arkadia taką oto informację: Przyjedź rowerem.  Skorzystaj  z parkingu dedykowanego dla rowerów. Express InterCity Premium  w ulotce „Specyfikacja i usługi” reklamuje się: W pierwszej klasie cały serwis prowadzony jest przez dedykowaną do obsługi pasażerów osobę. (…) każdy pasażer otrzyma poczęstunek: (…) z dedykowanego menu.  Kosmetyki Maya - sklep internetowy   zaprasza:  Zobacz wybrane DarmarSklep  zachęca: Pielęgnacja jasnych włosów - odkryj najlepsze szampony i kosmetyki dedykowane dla blondynek. Finis (oficjalny dystrybutor) wie, że  należy sięgnąć po dedykowane kosmetyki dla pływaków. MEBIN reklamuje swoje produkty:  Meble do apartamentów dedykowane specjalnie dla dużych przestrzeni. Castorama radzi: Postawiłeś na różnorodność upraw, koniecznie wybierz dedykowane podłoża. I jeszcze kusi:  Odkurzacze do liści są dedykowanymi urządzeniami dla każdego posiadacza ogrodu. Kolejna oferta chwyta za serce i pewnie ma wyłączyć rozum:  Twoje dziecko to skarb! W Biedronce produktom dedykowanym dzieciom poświęcamy szczególną uwagę. I tak można by przytaczać  liczne dedykacje, które zewsząd nas atakują i zaśmiecają  polszczyznę.

Najsmutniejsze jest jednak to, że wielu użytkowników języka bezmyślnie powiela tę błędną kalkę językową. W języku angielskim słowa „dedicate/ dedicated” mają  szersze znaczenie. Owo dedykowanie przejęli do polszczyzny informatycy, a potem – już  w niepoprawnym znaczeniu – marketingowcy. Przełożyli bezpośrednio (dosłownie, mechanicznie) konstrukcję „dedicated to” i tak się zaczęło szaleństwo błędnego dedykowania.  Dlaczego  błędnego? Ponieważ  imiesłów przymiotnikowy dedykowany NIE  znaczy: przeznaczony do, wyznaczony do, adresowany do, przygotowany w celu.  Jan Miodek przypomina: Dedykować  - to przecież „ofiarować, ofiarowywać, poświęcić, poświęcać komuś coś, np. wiersz, powieść, film”  (tę piosenkę dedykuję moim rodzicom). 

Post dedykuję  czytelnikom naszego bloga z nadzieją, że zawsze będą dążyć  do posługiwania się poprawną polszczyzną. Można  by  również poświęcić  go  różnym osobom  beztrosko wymyślającym dedykowane promocje, kanały dotarcia, infolinie, szkolenia, podróże oraz  inne dedykowane rzeczy. Istnieje jednak obawa, że oni nie zajrzą na blog szkolny, a poza tym – lepiej wiedzą i nikogo nie słuchają. Mam też przeczucie, że niełatwo będzie zatrzymać  szerzenie się niepoprawnych  form językowych. A wydawałoby się, że to takie proste - wystarczy pomyśleć.

Rectitudo

 

Grafika:

https://media.licdn.com/dms/image/C5612AQFZYoyo17AhoQ/article-cover_image-shrink_720_1280/0/1614687449682?e=2147483647&v=beta&t=RUp4EIBzwlMkkZd3qolShDDV7R3uZXvf-Rmqsez6qWU

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t39.30808-6/387768492_865117978316905_7388588759976822515_n.jpg?stp=cp6_dst-jpg_p526x296&_nc_cat=104&ccb=1-7&_nc_sid=5614bc&_nc_ohc=Ivm7qFrYNnkAX-WGEKF&_nc_ht=scontent-waw1-1.xx&oh=00_AfBGSjEnlV1bDaE6FV4XxuM0EBLMVkPQJqo5uuT3MgSjhA&oe=652B64A5

https://i2.wp.com/stopbykom.pl/wp-content/uploads/%C2%A9Ewa@stopbykom.pl-dedykacja-dedykowa%C4%87-stopb%C5%82%C4%99domj%C4%99zykowym-StopBykom-1390x929-1.png?fit=1390%2C928&ssl=1

10 października 2026

Literackie fascynacje

 

          Droga Królów


„Droga Królów”  to kawał świetnego fantasy (…)

Jego plusami są niesamowity świat, bohaterowie i dialogi.

(Kajman  zza okładki)


„Droga Królów”  to pierwszy tom serii „Archiwum Burzowego Światła” Brandona Sandersona, której akcja jest osadzona w  Cosmere  - fikcyjnym uniwersum literackim  stworzonym  przez  pisarza.  Książka  reprezentuje „high fantasy”. Wykreowany przez Sandersona świat całkiem mnie pochłonął. 

Planeta Roshar, na której rozgrywa się akcja książki,  nie jest podobna w żadnym stopniu do typowych światów fantastycznych. Elementem tego świata są arcyburze, ogromne cyklony, które pustoszą, ale też przynoszą burzowe światło - będące elementem napędzającym liczne mechanizmy (fabriale) oraz pełniące funkcje środka płatniczego. Ekosystem planety jest bardzo zróżnicowany: Rozdarte Równiny, płaskowyże bez życia, porozdzierane rozpadliny, targane arcyburzami.  Rośliny musiały przystosować się do trudnych warunków oraz kamienistego podłoża, dlatego wykształciły specjalne mechanizmy –zdolność do poruszania.  Zwierzęta również dostosowały się do niezwykłych warunków środowiskowych. Powstały chulle - ogromne, pancerne stworzenia z wieloma odnóżami, przypominające kraby. Wykorzystywane do ciągnięcia  platform i wozów. 

Magia na Rosharze występuje w trzech formach: Dusznikowania, Odpryków i Wiązań. Jest bardzo interesująco ujęta i zupełnie inna niż poznana dotąd.  Elementem magicznym Rosharu są tez spreny, rodzaj duchów przyrody. 

Rdzenni mieszkańcy planety Roshar  to Parshendi, którzy posiadają zdolność przybierania różnych form (np. wojennej, roboczej czy myśliwskiej) poprzez wchłanianie odpowiednich sprenów do swoich pancerzy.

Akcja pierwszego tomu – „Drogi Królów” - rozgrywa się głównie na Rozdartych Równinach, płaskowyżach, porozdzieranych przez rozpadliny, ale również w mieście-państwie Kharbranth.  Świat Roshar jest dręczony przez magiczne kataklizmy. Główny wątek to zazębiające się losy skazańca Kaladina, księcia dążącego do zjednoczenia królestwa oraz tajemniczego skrytobójcy, którzy muszą się zmierzyć z nadchodzącą  apokalipsą.

Bardzo ważnym bohaterem „Drogi Królów” oraz cyklu „Archiwum Burzowego Światła” Brandona Sandersona jest Kaladin. Kiedyś był chirurgiem, potem wstąpił do wojska, chcąc mieć lepsze życie. Zdradzony i niesprawiedliwie osądzony, został pozbawiony wolności i sprzedany do niewoli.  Trafił do armii arcyksięcia Sadeasa, gdzie  był  narażony na śmiertelne niebezpieczeństwa. Z  czasem wyszkolił własny oddział, stając się jego przywódcą. Odkrył w sobie zdolności bojowe i magiczne, powiązane z Odkrywcami Światła.

„Droga Królów”  to prolog do niezwykle  interesującej  sagi fantasy, przepełnionej zarówno epickimi bitwami i intrygami, jak i wewnętrzną walką bohaterów z własnymi słabościami i cieniami przeszłości.  

Kasia 

 

Grafika: 

https://i.ytimg.com/vi/cetmwJYB7-w/maxresdefault.jpg

https://static.wikia.nocookie.net/stormlightarchive/images/3/34/Map_roshar.jpg/revision/latest/scale-to-width-down/1000?cb=20130609204511

https://uploads.coppermind.net/thumb/The_Shattered_Plains_by_Nick_van_Kleef.jpg/621px-The_Shattered_Plains_by_Nick_van_Kleef.jpg

https://preview.redd.it/kaladin-syl-v0-dpl530zvsu731.jpg?width=1080&crop=smart&auto=webp&s=49b1a564c96da54a6251303391e89c75ec0aa0c6

3 października 2026

Moje hobby, mój świat

 

  Terrarystyka w domu


Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. 
  
(Antoine de Saint-Exupéry)

 

Terrarystyka to hobby, które przede wszystkim kojarzy się z egzotycznymi zwierzętami, takimi jak gekony (i inne jaszczurki), węże czy pająki. Dla wielu osób to zajęcie niezrozumiałe i budzące obawy.  „Nawet nie możesz tego pogłaskać”, „Przecież  to obrzydliwe” – mówią. Tymczasem terrarystyka to nie tylko kaprys albo chwilowa moda, lecz pasja wymagająca wiedzy oraz cierpliwości, której fundamentem  jest ogromna  odpowiedzialność. 

Opieka nad egzotycznym zwierzęciem  zaczyna się  na  długo przed jego nabyciem. Dlaczego?  Ponieważ  wzięcie do domu egzotycznego gada pod wpływem impulsu, bez przygotowania, często kończy się stresem, a przede wszystkim jego zaniedbaniem. Kluczowe jest zdobycie wiedzy o jego naturalnym środowisku, wymaganych warunkach (wilgotność, temperatura, wymiary  terrarium oraz jego zdobienie), diecie oraz długości życia. Na ogół gady są długowieczne, mogą żyć nawet kilkadziesiąt lat. Ich hodowanie jest więc nawet większym  zobowiązaniem  niż w przypadku zwierząt domowych, takich  jak pies czy kot.

Relacja z gadem nie polega  na przytulaniu czy spacerach, ale na zrozumieniu jego biologii i naturalnych zachowań. To zupełnie inny rodzaj więzi, który jest oparty na obserwacji i trosce o warunki życia. Właśnie dlatego tak ważne jest edukowanie się. Nieodpowiednia temperatura czy zbyt niska wilgotność mogą prowadzić do problemów zdrowotnych, takich jak trudności w linieniu czy odwodnienie. Terrarium -  jako miejsce zamieszkania gada - to nie tylko dekoracja, a cały mikroekosystem, który musi odpowiadać wymaganiom lokatora. Wszystko ma znaczenie dla zdrowia zwierzęcia. 

Od pół roku mam przyjemność opiekować się gekonem orzęsionym (Correlophus ciliatus). Ten ciekawy gatunek pochodzący z Nowej Kaledonii, był uznany za wymarły przez ponad 100 lat.  Zmieniło się to dopiero w 1994 roku, gdy ponownie go zauważono. Gekon ma zdolność kamuflażu, upodabnia się do otoczenia (do kolorów i kształtów- drzew  i innych roślin). „Rzęsy” na jego żuchwie i bokach ciała spłaszczają się na powierzchni, zasłaniając  kontury ciała. Gekon  jest łagodny, aktywny głównie nocą. Swoją nazwę zawdzięcza „rzęsom” biegnącym od oczu wzdłuż grzbietu. Wspina się dzięki specjalnym blaszkom czepnym na palcach, pokrytym milionami mikroskopijnych włosków, które pozwalają na przywieranie do gładkich powierzchni, takich jak szkło. Gekon nie posiada natomiast powiek, więc zamiast mrugać, używa  długiego, mięsistego języka do czyszczenia i nawilżania powierzchni oczu. Brak powiek oznacza, że  jego oczy są otwarte nawet podczas snu. Gdy widzę  go z rana, jak się we mnie wpatruje, nigdy nie wiem czy faktycznie śpi. 

Jak się opiekować gekonem orzęsionym? Wymaga on stałej wilgotności (około 60–80%), regularnego zraszania terrarium rano i wieczorem, odpowiedniej diety opartej na specjalnych papkach, które składają się z różnych mieszanek owadów, owoców i potrzebnych suplementów, szczególnie wapnia. Sugerowane jest również dokarmianie  go żywymi owadami, na przykład  świerszczami  czy karaczanami  dubia. Mój gekon jednak zdecydowanie woli papkę, którą wystarczy tylko zmieszać z wodą.  Najciekawsze  jest to, że je on wyłącznie z palca. Nie jest zainteresowany pożywieniem zostawionym mu w misce.  Podaję mu więc niewielką ilość pokarmu na opuszku palca,  którą on zlizuje. Zawsze odbywa się to bez pośpiechu, w ciszy, bez gwałtownych ruchów.

Kontakt fizyczny z gekonem wymaga szczególnej odpowiedzialności i ostrożności. Gady nie są zwierzętami „do głaskania” jak psy czy koty. Zbyt częste branie ich na ręce może powodować u nich stres. Jeśli już decyduję się wziąć go na dłoń, robię to spokojnie, pozwalając mu samodzielnie wejść na rękę. Nigdy nie chwytam go od góry, gdyż w naturze taki ruch kojarzy się z drapieżnikiem. Trzeba też uważać na ogon. Choć gekon orzęsiony rzadko go odrzuca, w sytuacji silnego stresu może to zrobić. To naturalny mechanizm obronny i oznacza, że zwierzę czuło zagrożenie, więc była to forma obrony. Bardzo ważna jest także higiena. Przed kontaktem z gekonem należy umyć ręce, po kontakcie – również.  Należy pamiętać, że skóra gadów jest wrażliwa na chemikalia czy resztki kosmetyków.

Terrarystyka od niedawna stała się moim hobby i jest dla mnie niesamowicie fascynująca. Bardzo lubię obserwować, jak mój gekon porusza się po gałęziach, skacze i zmienia kolory w zależności od nastroju czy temperatury.  Zdarza się to często -  z rana zawsze jego ubarwienie różni się od wieczornego. Lubię też karmić moje zwierzątko. Przy tym nie zapominam, że wzięłam za nie odpowiedzialność.

Natalia

 

Grafika:

własne zdjęcia

26 września 2026

Kącik motywacji

 

                Wśród zieleni

 

Cała ta zieleń na naszej planecie

jest po prostu niesamowita, no nie?

(...) Robimy wszystko, by się jej pozbyć,

a tymczasem w niektórych sytuacjach tylko ona może nas ocalić.

(Patrick Ness)


W dzisiejszych czasach, gdy większość dnia spędzamy w szkolnych ławkach, przed komputerami czy smartfonami, coraz bardziej potrzebujemy chwili wytchnienia na świeżym powietrzu. Nie chodzi tu tylko o przerwę między lekcjami – kontakt z naturą ma ogromny wpływ na naszą kondycję fizyczną, samopoczucie i motywację do nauki. 

Zamiast spotkań na boisku, wspólnych wyjść do parku czy jazdy na rowerze, wielu nastolatków wybiera wideorozmowy, czaty i aplikacje, które mają zastępować bezpośrednie relacje. Choć technologia daje nam ogromne możliwości i pozwala na kontakt z rówieśnikami niezależnie od miejsca, trudno nie zauważyć, że jednocześnie odbiera nam coś bardzo cennego – autentyczne przeżycia, bliskość natury i radość z bycia razem.

Jeszcze kilkanaście lat temu codziennym widokiem były grupy dzieci i młodzieży bawiące się na podwórkach, boiskach czy w parkach. Dziś takie sceny zdarzają się coraz rzadziej. Czas spędzany na świeżym powietrzu ustępuje miejsca godzinom spędzanym przed ekranem. Zmienia się styl życia, sposób budowania relacji i to, jak odpoczywamy. Coraz częściej, zamiast oderwać się od nauki czy obowiązków poprzez ruch na dworze, wybieramy bierny odpoczynek w domu, który – choć wygodny – nie przynosi naszemu ciału i umysłowi tylu korzyści, co naturalna aktywność na świeżym powietrzu. Już krótki, trwający kilkanaście lub kilkadziesiąt minut spacer,  gra w piłkę czy jazda na rowerze poprawiają ukrwienie organizmu i dotleniają mózg, co przekłada się na lepszą koncentrację,  łatwiejsze  zapamiętywanie materiału oraz  szybsze przyswajanie nowych informacji. Dowiedziono, że na przykład 50- minutowy spacer w parku znacznie poprawia samopoczucie osób chorych na depresję. 

Kontakt z naturą redukuje też kortyzol – hormon stresu o około 16% w porównaniu z aktywnością na mieście, co również potwierdziły badania naukowe. Dzięki temu kilkunastominutowy pobyt wśród zieleni uspokaja nerwy, zmniejsza poziom stresu, a także reguluje ciśnienie krwi i poprawia  działanie układu odpornościowego. Spacerując wśród drzew, nie tylko uspokajamy swoje myśli, ale też wzmacniamy organizm, poprawiamy jakość snu i zwiększamy odporność na infekcje. 

Świeże powietrze to także naturalne źródło energii. Ruch na zewnątrz poprawia krążenie, dotlenia mózg i całe ciało, dzięki czemu czujemy się bardziej wypoczęci, skoncentrowani i gotowi do działania. Światło słoneczne wpływa na produkcję witaminy D, która jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania układu kostnego i odpornościowego, a także wpływa na nasz nastrój. Zbyt długie przebywanie w zamkniętych pomieszczeniach, zwłaszcza przy sztucznym oświetleniu, może prowadzić do osłabienia koncentracji, spadku energii, a nawet do zaburzeń nastroju, takich jak tzw. depresja sezonowa. 

Oprócz zdrowotnych korzyści, przebywanie na zewnątrz rozwija nas także emocjonalnie i społecznie. Spotkania z przyjaciółmi na łonie natury są okazją do wspólnych rozmów, śmiechu, zabawy, budowania relacji i przeżywania prawdziwych emocji. W świecie, w którym coraz częściej komunikujemy się za pomocą emotikonów i skrótów, bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem staje się wyjątkowo cenny. Rozmowa podczas spaceru, śmiech przy ognisku czy wspólna wędrówka leśną ścieżką to doświadczenia, których nie zastąpi żadna aplikacja. 
 
Warto więc chociaż na chwilę oderwać się od ekranu i wyjść na zewnątrz – nie po to, by zrobić zdjęcie na Instagram, ale po to, by naprawdę poczuć wiatr na twarzy, usłyszeć śpiew ptaków i zobaczyć, jak zmienia się świat wokół nas. Choć żyjemy w innej rzeczywistości niż nasze babcie i dziadkowie, nasze potrzeby wciąż pozostają takie same - świeżego powietrza, ruchu, przestrzeni i prawdziwych więzi z ludźmi. W cyfrowym świecie pełnym powiadomień, lajków i filmików, to właśnie natura może stać się naszą codzienną ucieczką, źródłem spokoju i równowagi. Bo choć wszystko się zmienia, świeże powietrze i kontakt z przyrodą wciąż mają tę samą, niepowtarzalną moc. 

Karolina  

 

Grafika:

https://img.economyup.it/wp-content/uploads/2021/04/giornata_mondiale_terra_577651336.jpeg

https://swps.pl/images/CENTRUM-PRASOWE/foto/natura.webp

19 września 2026

Oglądamy filmy

 

 O dzieciach, chorobie i lekarce


To opowieść o dzieciach, które dorastały w cieniu huty ołowiu.

O chorobie, którą długo ignorowano.

I o lekarce, która miała odwagę powiedzieć prawdę (…)

(Grzegorz Więzik)


Od początku lutego można oglądać na Netfliksie  serial  „Ołowiane dzieci”, nawiązujący do dramatycznych i przemilczanych wydarzeń rozgrywających się na Górnym Śląsku w latach 70. XX wieku. Do tragedii zdrowotnej setek dzieci, spowodowanej obecnością ołowiu w glebie  i  powietrzu, który zatruwał ich organizmy. Film opowiada też o lekarce, która miała odwagę bronić chore dzieci oraz przeciwstawić się władzom PRL-u.

Ołów nie zabijał szybko, lecz powoli znakował swoje ofiary. Dzieci z Szopienic miały sine dziąsła, jakby piły atrament, a ich krew pod mikroskopem wyglądała na nakrapianą toksycznym pyłem. Do gabinetu doktor Jolanty Wadowskiej- Król  trafiało bardzo dużo dzieci z silnymi bólami brzucha, anemią, przewlekłym osłabieniem, problemami z koncentracją i opóźnieniami rozwojowymi. Ołów, bardzo groźny dla rozwijającego się organizmu, powodował również trwałe uszkodzenia układu nerwowego. Szczegółowe badania były  alarmujące – zbyt duża zawartość ołowiu we krwi. Źródłem zatrucia okazała się działalność Huty Metali Nieżelaznych „Szopienice”. W latach 70. XX wieku – w okresie peerelowskiej propagandy sukcesu - wielkie zakłady produkcyjne były symbolem rozwoju i siły gospodarki. Wszelkie  niepochlebne opinie uznawano za działanie przeciwko interesowi państwa. Nie można było nagłośnić problemu, ponieważ  nie istniały niezależne media  ani  nie było swobodnej debaty publicznej.

W takich realiach ujawnienie prawdy wymagało odwagi cywilnej, na którą się zdobyła doktor Wadowska-Król. Mimo nacisków i trudności, konsekwentnie walczyła o swoich pacjentów. Doprowadziła do przebadania tysięcy dzieci, organizowała ich hospitalizację oraz starała się o wysiedlenie rodzin z najbardziej skażonych terenów. Jej działania  wynikały z  lekarskiego obowiązku, lecz były odbierane  przez władze jako akt sprzeciwu wobec  racji stanu. Minęło wiele lat, zanim postawę lekarki zaczęto oceniać jako symbol odpowiedzialności i niezłomności.

Serial „Ołowiane dzieci”  budzi silne emocje, gdyż  pokazuje życie młodych ludzi dorastających w  trudnych warunkach. Już od pierwszego odcinka widać, że nie jest to zwykła historia o nastolatkach, tylko opowieść o problemach, z jakimi muszą się mierzyć każdego dnia. Film skupia się na grupie młodych bohaterów, którzy żyją w świecie pełnym przemocy, braku zrozumienia i trudnych wyborów. Tytuł  odnosi się nie tylko do ołowiu zatruwającego dziecięce organizmy, ale również  do  dzieciństwa „ciężkiego”  jak ołów.

Reżyserem „Ołowianych dzieci” jest Maciej Pieprzyca. W roli doktor Wadowskiej –Król występuje Joanna Kulig, a partnerują  jej  świetni   aktorzy: Kinga Preis, Agata Kulesza, Michał Żurawski, Marian Dziędziel  i  Zbigniew Zamachowski.  Co mi się podobało w filmie? Po pierwsze, realistyczne ukazanie postaci,  które nie są idealne - popełniają błędy, czasem podejmują złe decyzje, ale dzięki temu wydają się prawdziwe. Po drugie, gra aktorów, w mistrzowski sposób oddających  różnorodne emocje. Dużym plusem serialu jest także klimat – mroczne, pełne napięcia  sceny,  podkreślane muzyką.

Warto obejrzeć „Ołowiane dzieci”, szczególnie jeśli ktoś lubi historie oparte na prawdziwych problemach społecznych. Opowiedziana historia uczy empatii i pokazuje, że nie każdy ma w życiu łatwy start. Ostrzegam jednak, że to nie jest łatwy serial –smutny i zmuszający do refleksji.

Gabriela


Grafika:

https://cdn01.donald.pl/filer_public/c6/c6/c6c6e40a-9f68-4b19-b522-698a0f99a307/zajawki_donald_-_2026-02-21t121143495.jpg

https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcTQAEdhq323FsFN0Y48do5oT-jIPQfM7uLqEA&s