4 kwietnia 2020

Podróże kształcą


 

A  gdyby tak rzucić wszystko?



 
Trzeba mieć odwagę marzyć.
(Martyna Wojciechowska)


A  gdyby tak rzucić wszystko i  polecieć do Stanów? Ta  myśl towarzyszyła mi podczas całego procesu przygotowań i załatwiania wszystkich formalności związanych z wylotem. Na początku kwietnia 2019 roku podjąłem decyzję o tym, aby zrobić pierwszy krok w stronę pogoni za marzeniami, czego efektem był dwumiesięczny pobyt na terenie Stanów Zjednoczonych. To był mój pierwszy pobyt za granicą  i o nim  chcę  opowiedzieć.  Nie tylko o  pobycie za granicą, lecz także poznaniu nowej kultury i wspaniałych ludzi. Czy american dream  okazał się odzwierciedleniem wyobrażenia, jakie mamy na temat tego ogromnego, odległego o cały ocean miejsca? 
Wszystko zaczęło się od nic nieznaczącej rozmowy z moim kolegą, który rok wcześniej wyleciał w okolice Nowego Jorku, aby tam pracować na jednym z  summer campów, które są rozsiane na terenie całego kraju. To odpowiedniki kolonii letnich w Polsce. Pamiętam jakby to było wczoraj, gdy Bartek opowiadał mi o swoich przeżyciach związanych z wyjazdem, potem pokazał mi swoje zdjęcia z Time Square i innych miejsc w Nowym Jorku. Właśnie wtedy podjąłem decyzję, że tak jak on, chcę spróbować swoich sił w przeprawie przez ocean.  Zarówno ja, jak i Bartek,  skorzystaliśmy z pomocy programu wymiany studenckiej Camp America. Udało mi się, choć byłem dopiero w drugiej klasie liceum, ponieważ skończyłem osiemnaście lat.  Głównym założeniem programu jest wyjazd na jeden z campów  i praca z dziećmi przez całe wakacje. W zależności od oryginalności aplikacji  dostaje się  różne posady, ja zostałem general counselor (głównym doradcą).  Moim zadaniem była opieka nad dziećmi oraz prowadzenie zajęć, do których byłem przydzielany lub zgłaszałem się z własnej woli. Swój post otwieram zdjęciem zrobionym  podczas drogi z Albuquerque do Jemez Springs, w którym znajduje się camp. 
Dostałem propozycję pracy  w YMCA Camp Shaver, obozie  położonym w Nowym Meksyku -  stanie pełnym kontrastów, w którym łączy się ze sobą kultura amerykańska i meksykańska.  Tereny pustynne  przechodzą w  obszary  leśne porośnięte drzewami  iglastymi. Nieco dalej, w drodze do miasteczka Los Alamos,   znajduje się malownicza  preria. Podczas jazdy mija się miejsca, których widok zapiera dech w piersi i człowiek czuje się jak na planie Parku Jurajskiego  ze względu na  ogromne wąwozy pokryte bujną zielenią. Gdy zobaczyłem ofertę pracy w Nowym Meksyku,  nie myślałem, że to miejsce okaże się tak zachwycające.

Południe Stanów uchodzi za bardzo gościnne, ogrzewane ciepłem ogniska domowego. Miałem niesamowitą okazję to poczuć, przebywając z otwartymi i pełnymi radości życia ludźmi. Na lotnisku przywitał mnie Phil, mój szef, wraz ze swoją żoną Kate. Zaprosili mnie do swojego domu na kolację, gdzie spędziłem resztę wieczoru. Zjadłem prawdziwy amerykański  stek z pieczywem czosnkowym i w ten sposób spełniłem jedno ze swoich marzeń. W campie miałem przyjemność jeść potrawy pochodzące z tradycji meksykańskiej, teksańskiej oraz szeroko pojętej kuchni amerykańskiej.  O dziwo,  nie są to jedynie hamburgery, jak większość z nas myśli. Amerykanie są  bardzo mocno przywiązani do własnej tradycji kulinarnej. Na zdjęciu obok: wnętrze baru z kuchnią teksańską – Los Ojos, Jemez Springs.

Równie silnie podkreślają swój patriotyzm, który jest wpajany od najmłodszych lat. Dlatego   każdego poranka przed śniadaniem stawaliśmy w wyznaczonym miejscu, w którym była wywieszana flaga i wygłaszana „przysięga wierności”.  Dowiedziałem się później, że  taki rytuał  pielęgnuje się  codziennie w większości szkół przed zajęciami. Oto tekst przysięgi: I pledge allegiance to the Flag of the United States of America, and to the Republic for which it stands, one Nation under God, indivisible, with liberty and justice for all. Po polsku oznacza:  Składam przysięgę na wierność sztandarowi Stanów Zjednoczonych i republice, którą on reprezentuje. Jeden naród, a nad nim Bóg, naród niepodzielny, ofiarujący wolność i sprawiedliwość wszystkim. Pewnego poranka i ja  dostąpiłem zaszczytu oraz  zawiesiłem flagę, poprowadziłem całą poranną ceremonię, pierwszy raz  wygłaszając wraz  z moimi nowymi znajomymi przysięgę. Muszę przyznać, że nigdy nie zapomnę tego wspaniałego momentu. Do Stanów przyleciałem w połowie czerwca, dzięki czemu miałem przyjemność celebrować 4th of July, czyli Dzień Niepodległości.  Amerykanie lubią  manifestować  uroczyste obchody tego święta,  na przykład dekorując wszystko wokół w kolorach  flagi i to już z tygodniowym wyprzedzeniem.  Gdy wybrałem się na zakupy do sklepu w Albuquerque, zobaczyłem, że dosłownie wszystko było tam  w kolorach biało-niebiesko-czerwonych: fajerwerki, ubrania,  ziemniaki. Samo święto jest obchodzone z ogromnym szacunkiem oraz  radością. Było to dla mnie coś nowego i bardzo ciekawego.  W campie spędziliśmy ten dzień na wspólnym graniu i śpiewaniu, zakończonym ogniskiem, podczas którego Phil opowiadał dzieciom pouczające historie.  Tam właśnie doświadczyłem, czym jest tolerancja  i otwartość ludzi. Zapytali mnie o to, kiedy w Polsce obchodzi się Dzień Niepodległości i poprosili o odśpiewanie Mazurka Dąbrowskiego. Poczułem się wyróżniony i bardzo dumny, że mogę odśpiewać hymn narodowy,  stając się niejako
przedstawicielem Polski tysiące kilometrów od domu. Poczułem też więź z tymi ludźmi, którzy mnie tak serdecznie przyjęli.

Przedstawiłem  jedynie  kilka  wrażeń  z pobytu w Nowym Meksyku. Moje doznania są o wiele bogatsze i chętnie o nich opowiem  w odpowiedzi na komentarze czytelników.

Wojtek

Grafika:
Własne zdjęcia