25 stycznia 2020

Kącik młodego historyka



     Na obcych wodach
           Część III

Polscy podwodniacy
potrafili uniknąć niewoli,
atakować konwoje przeciwnika i wrogie okręty,
czym wzbudzali powszechny podziw.
(Łukasz Gajda)


Powszechnie znane są dokonania polskich lotników, podniebnych bohaterów drugiej wojny światowej. Każde polskie dziecko słyszało o pilotach Dywizjonu 303. Powstają poświęcone im książki, artykuły oraz  filmy. W cieniu naszych asów pozostają niestety inni bohaterowie – polscy podwodniacy . Ich losy są jednak równie pasjonujące, a odwaga wybitna, ocierająca się prawie o nonszalancję, bowiem każda nawet najmniejsza awaria na zanurzonej łodzi podwodnej mogła oznaczać jedno – śmierć w stalowym grobowcu. Dlatego właśnie  chcę  przybliżyć  czytelnikom blogu ich historię. Historię Polaków oddanych walce o wolność  Ojczyzny. Na zdjęciu wyżej: ORP „Jastrząb” po podniesieniu polskiej bandery.

Smutny los ORP „Jastrząb”.  Po utracie „Orła”  i odstawieniu do rezerwy „Wilka” w Polskiej Marynarce Wojennej nie pozostał żaden okręt podwodny. Szansą na poprawę sytuacji było przekazanie nam w 1941 roku amerykańskiej jednostki typu Holland. Stany Zjednoczone, pomimo że nie uczestniczyły jeszcze bezpośrednio w wojnie,  stały się, jak ujął to ówczesny amerykański prezydent Franklin Delano Roosvelt, „arsenałem demokracji”, a ich sprzęt  popłynął  do państw walczących z III Rzeszą. Oczywiście, nie za darmo! Na przykład Wielka Brytania miała za pomoc oddać Amerykanom angielskie bazy na Karaibach.  Jeden z amerykańskich okrętów trafił do polskiej floty i został przemianowany na ORP „Jastrząb”. Miał już za sobą 20 lat ciężkiej służby. Po dokonaniu najniezbędniejszych napraw i zamontowaniu ASDIC (hydroakustycznego systemu wykrywania okrętów) Polacy wyruszyli 25 kwietnia 1942 roku na swój pierwszy i ostatni rejs. Jego celem miała być eskorta konwoju PQ-17 transportującego do Murmańska wojskowe wyposażenie dla wojsk Związku Sowieckiego. Z powodu bardzo trudnych warunków  na trasie „lodowego konwoju” załodze „Jastrzębia” nie udało się utrzymać ściśle określonego miejsca w szyku. Siódmego dnia operacji osłonowej nasz okręt został wykryty przez norweski niszczyciel „St. Albans” i brytyjski trałowiec HMS „Seagull”. Sojusznicy wzięli idącego na powierzchni „Jastrzębia” za ładującego akumulatory wrogiego U-Boota. Kapitan  Romanowski, zauważywszy szykującego się do ataku „Albansa”, nakazał wystrzelić żółtą rakietę. Niestety, Norwegowie  nie zauważyli, bądź nie zrozumieli polskich znaków i przystąpili do likwidacji domniemanego wroga. „Jastrząb” został obrzucony bombami głębinowymi, a następnie ostrzelany.  W wyniku tego ataku  zginęło trzech członków polskiej załogi i  dwóch brytyjskich oficerów łącznikowych. Reszta 44-osobowej załogi została wyłowiona przez Norwegów, a mocno uszkodzony ORP „Jastrząb” pogrążył się w morskiej toni kilkanaście minut później.
„Terrible twins” – „straszliwe bliźniaki” na Morzu Śródziemnym.  Takim mianem  Brytyjczycy  nazwali  dwa polskie okręty,  pełniące w latach 1941 – 1944 służbę na Morzu Śródziemnym. Tymi jednostkami  były  ORP „Dzik” i ORP „Sokół”. Historia ich pozyskania dla polskiej Marynarki Wojennej jest ściśle związana z losem dwóch pozostałych maszyn, będących w jej służbie. Chodzi oczywiście o „Orła” i „Wilka”.  Pierwszy z nich został utracony już w czerwcu 1940 roku, drugi był w tak złym stanie technicznym,  że zdecydowano się na odstawienie go do rezerwy. W tej sytuacji Kierownictwo Marynarki Wojennej postanowiło zwrócić się do Royal Navy z prośbą o przekazanie nowych okrętów podwodnych. Na zdjęciu wyżej: ORP „Dzik” przycumowany do burty kontrtorpedowca ORP „Burza”. Brytyjczycy pozytywnie odnieśli się do wniosku strony polskiej i zdecydowali o przekazaniu Polsce znajdującego się w budowie okrętu typu „U”. Przejęcie okrętu, który nazwano ORP „Sokół”,  nastąpiło  19 stycznia 1941 roku. Dowodzenie przejął kapitan Borys Karnicki, a statek skierowano  wczesną jesienią 1941 roku na Morze Śródziemne. Niemal od razu (w październiku) podwodniacy  ORP „Sokół” wykryli  i zaatakowali włoski krążownik pomocniczy – wystrzelili kilka torped, lecz  niecelnie.W listopadzie natomiast  udało im się zniszczyć włoski transportowiec, dzięki  pociskom kaliber 76 mm z  pokładowej 17 – funtowej armacie. Kolejny sukces militarny „Sokół” odniósł  w lutym 1943 roku, zatrzymując i zatapiając szkuner wiozący węgiel do Tunisu. Ekipa abordażowa  znalazła plan zagród minowych na Morzu Śródziemnym. Był to dokument wprost bezcenny dla oficerów brytyjskiego wywiadu, umożliwiał bezpieczne poruszanie się alianckich okrętów w gąszczu postawionych przez jednostki państw „Osi” min.  Prawdziwe chwile grozy załoga „Sokoła” przeżyła w pozornie bezpiecznym i dobrze chronionym maltańskim porcie. Jednostkę udało się uratować przed zniszczeniem dzięki ukrywaniu się pomiędzy większymi statkami, a także  poświęceniu załogi, która sama starała się naprawić pokiereszowany przez odłamki okręt. Uszkodzenia były jednak na tyle poważne,  że dowództwo zdecydowało o  przebazowaniu „Sokoła”  w celu przeprowadzenia najniezbędniejszych napraw do spokojniejszego Gibraltaru. Kolejnym okrętem podwodnym typu „U”  w polskiej służbie był przekazany nam  30 czerwca 1942 roku ORP „Dzik”.  Jednostkę przejął kapitan Bolesław Romanowski, były dowódca ORP „Jastrząb”. To właśnie on nadał powierzonemu sobie okrętowi dewizę:  Nullo retentus impedimento (Żadną nie zatrzymany przeszkodą). Niestety,  w początkach swojej służby pod polską banderą,  „Dzik” utknął  u wybrzeży brytyjskich w zasłonie z sieci przeciw okrętom podwodnym. Ten wypadek był impulsem do różnych, nieraz mało wybrednych żartów, ponieważ   kapitan Romanowski  jeszcze w Anglii  otrzymał piękny, stary sztych, na którym widniał wizerunek zaplątanej w sieć dzikiej świni. Początkowe przykrości nie zniechęciły ambitnego oficera,  a powierzony mu okręt, niedługo po przybyciu w marcu 1943 do bazy na Malcie, osiągnął  sukces. W maju bowiem załodze „Dzika” udało się wyeliminować nowoczesny włoski zbiornikowiec, wiozący paliwo dla otoczonych w Tunezji sił „Osi”. Romanowski twierdził, że dwie z czterech wystrzelonych przez Polaków torped  trafiły do celu. Miał to być pierwszy w historii Polskiej Marynarki Wojennej  przypadek ugodzenia nieprzyjacielskiego statku pierwszą salwą. Jak wykazały późniejsze  badania, jedynie jeden z pocisków był celny, co nie umniejsza jednak  zwycięstwa polskiej załogi. Starcie miało miejsce niedaleko przylądka Sparticento i  zostało uczczone przez nieznanego autora wierszykiem: W całej flocie się z nas śmiano/ Że dziką świnię mamy za miano,/ Ale ta świnia pod Spartivento,/Nullo retenta fuit impedimento.  Na zdjęciu wyżej: okręt podwodny ORP „Dzik” na kilka minut przed wyjściem w rejs. Na kolejne sukcesy, podwładnym Romanowskiego przyszło czekać do lata 1943 roku. Kapitan  postanowił, że zaatakują włoskie jednostki, zakotwiczone na redzie portu Bari. Była to bardzo ryzykowna operacja, bowiem Włosi posiadali w tym rejonie 7 okrętów wojennych, ale w pobliżu pojawił się  „Sokół”, który skupił na sobie część ataku wrogich niszczycieli. Ostatecznie udało się zatopić dwa  nieprzyjacielskie transportowce. Załoga otrzymała  wiele gratulacji. Miesiąc później „Dzik” zaczaił się niedaleko portu Bastia na Korsyce. Kapitan  Romanowski wspominał: (…) ośmioma torpedami zatopiłem na pewno dwa statki, holownik, cztery stojące przy burcie barki i trzy duże barki desantowe. Razem 10 jednostek załadowanych wojskiem i materiałami wybuchowymi. Prawdopodobnie i z drugiej strony stojącego na kotwicy statku były desantówki. Wtedy bilans nasz powiększyłby się o trzy, cztery jednostki. Na zdjęciu wyżej: okręt podwodny ORP „Dzik” na kilka minut przed wyjściem w rejs.
Okręty  „Sokół” i „Dzik” w następnych tygodniach  zostały skierowane  na Morze Egejskie.  Ich sukcesy nie były zbyt spektakularne , na przykład ofiarą „Dzika” stał się szkuner  wiozący kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu.  Wszyscy Niemcy  wyskoczyli do wody w obawie przed storpedowaniem. W ładowniach  Polacy odkryli kilkadziesiąt pęt kiełbas oraz  krowę, co wzbogaciło ich skromne  wyżywienie. Znaleźli również pistolety Vis, wyprodukowane w Radomiu.  Tak oto kapitan „Dzika” zdobył dla siebie broń. Także załoga  „Sokoła” odniosła  na wodach Hellady kilka sukcesów: zaatakowała  i zatopiła kilka transportowców. Na jednym z nich zdobyli  duży zapas masła i jajek, który urozmaicił ich  jadłospis. Zaraz po kapitulacji Włoch „Sokół” staranował jeszcze i zatopił  ich  statek. Był to już ostatni triumf „strasznych bliźniąt”. W marcu 1944 roku jednostki  powróciły do Anglii, gdzie w stoczni Dundee dokonano ważniejszych napraw. Nie pełniły już służby bojowej. Wykonywały jedynie rejsy ćwiczebne i szkolne. Załogi wierzyły, że doskonalenie jest potrzebne, w związku ze zbliżającym się powrotem do kraju. Niestety, na Konferencjach w Teheranie i Jałcie Polskę włączono do radzieckiej strefy wpływów, a bohaterowie  byli niemile widziani  we własnej ojczyźnie. ORP „Sokół” odbył w czasie II wojny światowej  32 patrole i zatopił 38 jednostek wroga, których łączny tonaż wyniósł ponad 100 000 ton. ORP „Dzik” zaś, przepłynął 31 440 mil morskich. Jego łupem padło 18 nieprzyjacielskich okrętów i statków o łącznej wyporności około 35 000 ton. Na zdjęciu wyżej:  załoga ORP „Sokół” prezentuje zdobyte niemieckie bandery.
Epilog. Dla polskich sił podwodnych  wojna skończyła się w marcu 1944 roku. Na ORP „Sokół’  polską banderę opuszczono 27  lipca 1946 roku. Dwa dni wcześniej, biało- czerwonej flagi pozbawiono „Dzika”, który został następnie przekazany flocie duńskiej. Otrzymał on  w jej służbie nazwę „Springeren’ i oznaczenie „U1”. Zwrócono go Royal Navy w 1957 roku. Niecałe dwa lata później jego los się dopełnił – został pocięty na złom. Za dzierżawę okrętów brytyjskich Polsce przyszło zapłacić złotem zdeponowanym w brytyjskich bankach. Marynarze zwykle nie mieli możliwość powrotu do Ojczyzny, a ci, którym się to udało, cierpieli szykany komunistycznych władz i zazwyczaj nigdy nie pełnili już służby  w Marynarce Wojennej. Pozostali musieli układać sobie życie na wygnaniu. Niektórzy, korzystając z wyrobionych podczas wojny znajomości, przechodzili do Royal Navy. Inni przeszli do cywila, co dla przywykłych do trudów wilków morskich nie była łatwa. Na zdjęciu wyżej: „Dzik” jako „Springeren” w duńskiej służbie.

Marcin

Grafika:
https://www.graptolite.net/Facta_Nautica/sitebuilder/images/Dzik_U1-793x310.jpg

18 stycznia 2020

Kącik młodego historyka


     Na obcych wodach
              Część II 



Polscy podwodniacy
potrafili uniknąć niewoli,
atakować konwoje przeciwnika i wrogie okręty,
czym wzbudzali powszechny podziw.
(Łukasz Gajda)


Powszechnie znane są dokonania polskich lotników, podniebnych bohaterów drugiej wojny światowej. Każde polskie dziecko słyszało o pilotach Dywizjonu 303. Powstają poświęcone im książki, artykuły oraz  filmy. W cieniu naszych asów pozostają niestety inni bohaterowie – polscy podwodniacy . Ich losy są jednak równie pasjonujące, a odwaga wybitna, ocierająca się prawie o nonszalancję, bowiem każda nawet najmniejsza awaria na zanurzonej łodzi podwodnej mogła oznaczać jedno – śmierć w stalowym grobowcu. Dlatego właśnie  chcę  przybliżyć  czytelnikom blogu ich historię. Historię Polaków oddanych walce o wolność  Ojczyzny. Na zdjęciu wyżej: ORP „Orzeł”,  w Wielkiej Brytanii,  oznaczony  kodem świadczącym  o przynależności do 2 Flotylli Okrętów.
„Orzeł” zatapia „Rio De Janeiro”. Po kilkumiesięcznym remoncie,  w kwietniu 1940 roku, „Orzeł”  był gotowy do działań operacyjnych i skierował się na wody Morza Północnego. Przed południem 8 kwietnia  w peryskopie polskiego okrętu pojawił się uciekający transportowiec  MS „Rio De Janeiro”. Polacy jednak posłali serię pocisków kaliber 13, 2 milimetra  z pokładowego „Hotchkissa”, co  zmusiło wrogów do podporządkowania się ich rozkazom. Niemcy  niby się poddawali, jednak jednocześnie przez radio wzywali pomocy sił Kriegsmarine.  Kapitan Grudziński zdawał sobie sprawę  z ryzyka,  ponieważ „Orzeł” znajdował się  bardzo blisko głównych baz wrogiej floty. Kazał wystrzelić torpedę, a na niemieckim statku zaczęła się panika - dotychczas ukryci w ładowniach żołnierze Wehrmachtu  rozbiegli się, szukając ratunku, który zresztą nadciągał z zachodu w postaci okrętów wojennych. W tej sytuacji kapitan Grudziński kazał wystrzelić kolejną torpedę oraz  zanurzyć statek. Tymczasem niemiecki frachtowiec „Rio De Janeiro” pogrążył się na zawsze w wodach Morza Północnego. Zginęło na nim około 150 żołnierzy i marynarzy, reszta została wyłowiona przez norweskie kutry, odstawiona na ląd i internowana. Jak się okazało, niemiecki frachtowiec wiózł ponad 200 żołnierzy piechoty, sto osób personelu Luftwaffe, 80 koni, wojskowy sprzęt i uzbrojenie, żywność oraz amunicję przygotowaną jako uzupełnienie dla pierwszej fali inwazji, która miała zająć port Bergen. Kapitan  Grudziński   zameldował  brytyjskim przełożonym o storpedowaniu wypełnionego wojskiem okrętu, jednak informacja ta została przez nich zbagatelizowana. Jak miało się okazać,  niesłusznie, bowiem już następnego dnia III Rzesza wypowiedziała wojnę Królestwu Norwegii, a jej żołnierze szybko opanowali terytorium tego kraju. Na zdjęciu wyżej: łup ORP „Orzeł” -  frachtowiec „Rio de Janeiro” w 1940 roku.
Dalszy los „Orła”. „Rio de Janeiro”  był pierwszym  i - niestety - ostatnim wojennym łupem  najsłynniejszego polskiego okrętu podwodnego „Orzeł”. Wkrótce podwodny łowca podzielił  los swej ofiary. Pod koniec maja 1940 roku wypłynął z portu na kolejny -  trzynasty patrol, z którego już nigdy nie powrócił. Przez lata narosło wiele koncepcji dotyczących zatopienia chluby polskiej floty - ORP „Orzeł”. Twierdzono na przykład,  że został storpedowany przez powracający z własnej akcji sojuszniczy okręt podwodny, najpewniej holenderski. Współcześni badacze sądzą, że  „Orzeł” wszedł na podwodną minę, co tłumaczyłoby brak sygnałów alarmowych z tego statku. Na pewno jednak wiadomo, że wraz z okrętem  na wieczną wartę odeszło 54 świetnych marynarzy i oficerów Polskiej Marynarki Wojennej, na czele z dowódcą - kapitanem Janem Grudzińskim i jego zastępcą – porucznikiem Andrzejem Piaseckim.  Miejsce, gdzie spoczywają zamknięci w stalowym grobowcu, do dziś nie jest znane, mimo ciągle prowadzonych poszukiwań wraku podwodnego torpedowca „ORP Orzeł”. Wrak „Rio De Janeiro” niedawno został odnaleziony przez grupę norweskich zapaleńców, którzy poszukiwali go przez 6 lat. Ma on współcześnie statut cmentarza wojennego. Miejmy nadzieję, że podobne wywyższenie spotka w najbliższych latach również naszych podwodnych bohaterów. Na zdjęciu wyżej:  Kapitan Marynarki Wojennej Jan Grudziński – dowódca „Orła”,  który zaginął wraz z jednostką na Morzu Północnym w pierwszych dniach czerwca 1940 roku.
„Wilk” – okręt przeklęty?  Drugim polskim okrętem, któremu udało się wydostać z Bałtyku i przedrzeć na wyspy,  był ORP „Wilk”. Podobnie jak „Orzeł”,  stał się  w ostatnim kwartale 1939  roku bohaterem brytyjskiej prasy, a jego załoga celem pielgrzymek  licznych dziennikarzy. Dobry humor podwodnikom mąciła świadomość wrześniowej klęski i tchórzostwa niektórych z ich przełożonych. Trudna do zniesienia była świadomość, że  dowództwo Marynarki Wojennej już w pierwszym tygodniu wojny ewakuowało się z Warszawy, pozostawiwszy  jedynie dyżurnego oficera przy radiostacji. Bolał  również afront  ze strony dowódcy  marynarki  Rzeczypospolitej, kontradmirała Jerzego Świrskiego. Gdy 16 listopada Dundee, gdzie stacjowały polskie jednostki,  było wizytowane przez Naczelnego Wodza Wojska Polskiego i premiera Rządu na Uchodźstwie – generała Władysława Sikorskiego, marynarze  z „Orła” zostali odznaczenia  i pochwały,  natomiast załoga „Wilka” została pominięta.   Sytuację próbował ratować sam Sikorski przypinając dowódcy ORP „Wilk” Bogusławowi Krawczykowi  własny Krzyż Walecznych, złe wrażenie jednak pozostało. Konflikt pomiędzy bronią podwodną a kierownictwem marynarki był wtedy tak duży, że marynarze  z „Orła” i „Wilka” odmówili przywitania się ze swoim zwierzchnikiem – Świrskim.  Polaków cenili za to Brytyjczycy, więc  polscy oficerowie rozważali  nawet przejście pod dowództwo Royal Navy. Okazało się to jednak  niemożliwe. Na zdjęciu wyżej: ORP „Wilk”.
Zimne miesiące przełomu lat 1939/40  minęły podwodniakom na pełnieniu przede wszystkim służby patrolowej. Po dwóch takich misjach na podwodnym stawiaczu min doszło do poważnej awarii, co zmusiło załogę do pozostania w porcie i skierowania okrętu do kapitalnego remontu. Marynarze - członkowie obsady jednostki -  powoli zapominali o dyscyplinie, bawili się w pubach i różnych spelunach Dundee oraz wdawali się w bójki. Tymczasem załamał się też psychicznie kapitan Krawczyk, utracił wiarę w zwycięstwo i czuł, że zawiódł nadzieje rodaków.

Sukces bojowy „Wilka”.  Tamte trudne dni przyniosły  jednak  największy sukces bojowy jednostki. Była noc z 19 na 20 czerwca 1940 roku. „Wilk”  odbywał właśnie swój trzeci rejs patrolowy,  gdy obserwator zauważył sylwetkę innego okrętu podwodnego unoszącego się na powierzchni.  Kapitan Bolesław Romanowski  powziął decyzję o natychmiastowym ataku przez taranowanie. Energia uderzenia była tak wielka, że doprowadziła do rozcięcia kadłuba wrogiej łodzi i najpewniej jej natychmiastowe zatonięcie. „Wilk”  również   został uszkodzony, więc  następne miesiące musiał spędzić w stoczniowym doku. Ofiarą polskiego podwodnego drapieżnika  padł prawdopodobnie niemiecki U-Boot o numerze taktycznym U 102, bądź U 122.  Obie jednostki zaginęły na Morzu Północnym w tym  samym czasie i miejscu, co pozwala sądzić, że to właśnie którąś z nich Polacy posłali na dno. Na zdjęciu wyżej:   załoga U-102 – prawdopodobnie to ten okręt „Wilk” posłał w odmęty Morza Północnego.
Decyzja Bolesława Romanowskiego nie podobała się kapitanowi Krawczykowi, ponieważ przede wszystkim  było mu  żal uszkodzonego okrętu. Poza tym musiał się zmierzyć z niezadowoleniem marynarzy i oficerów z powodu braku podstawowego ekwipunku (odzieży, butów) oraz  za niskiego  żołdu.  Uposażenie  wyrównano dopiero na skutek interwencji sojuszniczych oficerów. Ponadto szefowie z Kierownictwa Marynarki Wojennej  nakazali kapitanowi Szewczykowi oddanie żelaznej rezerwy złota i dolarów, przewożonej na polskich okrętach w celu pokrycia kosztów ewentualnego pobytu w portach neutralnych. Obawiali  się bowiem, że w razie katastrofy środki te mogą zostać utracone. W ten sposób uznali, że „Wilk” jest niepewny i pechowy.  Apogeum sporu nastąpiło w lipcu 1941 roku, gdy część załogi samowolnie opuściła teren koszar. Oficerowie całkowicie stracili kontrolę nad podlegającą im kadrą. Niezdyscyplinowani marynarze rozbijali się po mieście, pijany bosmanmat Franciszek Karnowski pobił żandarma, za co został aresztowany. Pod nieobecność Krawczyka część załogi udała się do Forfar, aby uwolnić kolegę. Ponieważ  pracownicy  Sądu Polowego odmówili, Polacy wyłamali drzwi i po prostu wynieśli go z aresztu. W sytuacji tak wielkiego rozprężenia dyscypliny kontradmirał  Świrski  odwołał kapitana Krawczyka.  Ten przekazał dowodzenie kapitanowi Jerzemu Koziołkowskiemu  i 21 lipca 1941 roku odebrał sobie życie, strzelając z pistoletu w serce. Zostawił listy żegnające przyjaciół i towarzyszy, a w nich  jako testament słowa : Sumienie mam spokojne. Honor opłacam sam. Jego „Wilk” nie wyszedł już na żaden patrol.  Został wycofany do rezerwy w 1942 roku. Po zakończeniu wojny wrócił do kraju, jego stan techniczny był jednak tak zły, że remont uznano za nieopłacalny. ORP „Wilk” został pocięty na złom w 1951 roku. Na zdjęciu wyżej: Kapitan Marynarki Wojennej Bogusław Krawczyk  (żył  w latach  1906 – 1941).

Dalszy ciąg opowieści o bohaterskich Polakach  w następnym poście: Podwodniacy na obcych morzach. Część III. Zapraszam do lektury.

Marcin

Grafika:
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/55/U_213.jpg
https://kresy-siberia.org/hom/files/Kapitan.-1024x705.jpg