11 czerwca 2015

Kącik młodego historyka

           
 
  Wojenne wspomnienia




Nim kurz zawieje w polu znaki, 
zasypie wiatr ból i żal.
Nim czas odbierze mowę ptakom, 
kamienny krzyż zetrze w piach.
Śpiewajmy pamięć  o tych chłopakach,
śpiewajmy pamięć o tych dniach.
  (Jacek Cygan)

Krynice to miejscowość, w której mieszkam. Tu się urodziłam, tu żyją moi rodzice i dziadkowie. Jestem  z nią związana więzami emocjonalnymi. Moja mała ojczyzna zaprasza do poznawania wydarzeń historycznych, miejsc i ludzi z nią związanych. Chcąc poznać historię z czasów wojny i okupacji przeprowadziłam wywiad  z moim dziadziem.

M.: Po czym poznaliście, że zaczyna się wojna?   
Dz.: O wojnie już było wiadomo przed 1 września1939 roku, ponieważ wojsko miało zabierać lepsze konie od gospodarzy. U nas były dobre konie, więc tato musiał w nocy wyjść na pole i pracować, zanim je zabiorą. Nie zabrali jednak. 1 września samolot jak „muszka” wysoko przeleciał nad wioskami, leciał w stronę wschodu. Było go słabo widać, bo leciał wysoko. Nie bombardował, najprawdopodobniej śledził ruchy wojsk. Nie poszliśmy do szkoły, bo  już wszyscy żyli tym, że wybuchła wojna.

M.: Co się potem działo?     
Dz.: 17 września 1939 roku pojawili się Niemcy na naszym terenie. Od strony Dąbrówki szło trzech Niemców bez nakrycia głowy, bo było dość ciepło. Tak sobie szli, jakby byli u siebie w domu.  Spisywali studnie dla koni, które miały tu kwaterować. Nagle  zauważyli, że od strony końca Dąbrowy jedzie kawaleria polska, więc zatrzymali się. My graliśmy na drodze w palanta i wtedy ktoś nam krzyknął: Uciekajcie do domów, bo będzie tu bitwa! Zanim ja dobiegłem do domu, dwóch Niemców wpadło na nasze podwórze, ponieważ brama nie była zamknięta. Jeden z nich uciekł w pole, a drugi chciał przeskoczyć przez płot. Ja w tym czasie wpadłem do domu, tata siedział przy oknie i zapytał: Co ty taki zziajany?  Ja mówię, że Niemcy za mną gonią. Tato zobaczył, że jeden Niemiec przeskakuje przez płot, to wyskoczył na dwór. Od strony Majdanu Sielca trzech kawalerzystów przecięło drogę Niemcom. Wtedy na spienionym koniu wpadł kawalerzysta i pyta : Gdzie się podział Niemiec?  Tato mówi, że przeskoczył przez płot, a drugi uciekł w pole. Potem kawalerzyści  dali tacie  dwa konie. Wreszcie tato mówi do mnie : Trzymaj konie! Złapałem za uzdy, za drzewem stoję, boję się, bo te konie skaczą. Miałem wtedy tylko osiem lat.  W końcu tato złapał za widły i z ułanem polskim szukali Niemca w stogu słomy. Prawdopodobnie ten Niemiec ukrył się tam, ale nie znaleźli  go. Ułan siadł   na konia, spiął go ostrogami, koń podskoczył  i pojechał w stronę Dąbrówki  za Niemcem.  Ułan dopadł go przy sadzawce na Majdanie Sielcu. Niemiec uciekając klękał na kolano  i strzelał z pistoletu, a ułan go wtedy zabił szablą.

M.: Jak wspominasz pierwszy bój w czasie wojny?
Dz.: Zaczął się bój, ogromny bój. Niemcy dostali się do Dąbrówki od strony Budów i stąd zaatakowali Polaków. Konnica polska dotarła od strony Janówki  i w Dąbrowie nastąpiło starcie. Od Dąbrówki nacierali Niemcy, z końca Dąbrowy żołnierze polscy. Tato wziął orczyki i odbijał nimi sztachety, bo pomiędzy zagrodami były płoty. Pomiędzy tymi budynkami uciekaliśmy w dół. Do jamy się skryliśmy, ale głodni byliśmy, więc mama i tato poszli po jedzenie, bo na wozach były pierzyny, a pod pierzynami była żywność zgromadzona po to, żeby uciekać. Na wygonie, gdzie później pobudowana była szkoła, pasły się krowy  i konie w burakach. Polscy ułani chcieli coś jeść, płacili za to, co dostali do jedzenia od chłopów. Tato nie chciał pieniędzy, tylko dał im za darmo to, co mógł. W tym czasie Niemcy podpalili pobliskie gospodarstwo sąsiadów- Błaszczaków,  powstała wielka łuna. Kule gwizdały jedna za drugą. My   w tym czasie pod osłoną nocy uciekaliśmy wąwozem do Majdanu Sielca,  do Łopaciarki i dotarliśmy aż do końca wsi. Tam wykopaliśmy  jamę (schron), nakryliśmy bronami, pierzynami i tam skryliśmy się. Wkoło słychać było gwizd kul i szrapnele (pociski) się rozrywały. Przez dzień tak siedzieliśmy tam i słuchaliśmy odgłosów walki. Polacy nacierali w stronę Niemców, Niemcy już ustąpili i wycofali się na południe. Gdy wyszliśmy ze schronu, to zobaczyliśmy rozbity niemiecki samochód i motocykl. Wojna szła wzdłuż szosy, boje toczyły się po obu jej stronach. Wojsko polskie poszło w kierunku Antoniówki. Tam również rozegrały się wielkie walki. W Antoniówce jest cmentarz upamiętniający tamte walki. Potem odbył się bój pod Tomaszowem Lubelskim. Ta wataha przesuwała się wzdłuż głównej szosy na trasie Zamość - Tomaszów Lubelski.  Nasze wojsko toczyło te boje. Potem front przetoczył się w lasy do Puszczy Solskiej i dalej na południe. Jak Niemcy opanowali całą Polskę, część żołnierzy trafiła do niewoli, część uciekła  i rozpierzchła się do domów.

M.: Co się stało, gdy Niemcy opanowali nasze tereny?
Dz.: Niemcy zaczęli wysiedlać ludność polską i sprowadzać  swoich  osadników.  My uciekliśmy, bo wiedzieliśmy, że nasz dom zostanie zajęty przez Niemców. Na wozie były spakowane najpotrzebniejsze rzeczy i uciekliśmy do Dąbrowy Tarnawackiej. Mieliśmy dobre konie i udało nam się dotrzeć do kuzynów Kiszczyńskich. Tam zostaliśmy przez kilka dni z innymi uciekinierami. Potem, żeby nie narażać kuzynów, przedostaliśmy się na Namule do mojego dziadka Radlińskiego. Dowiedzieliśmy się, że w Dąbrowie w naszym gospodarstwie osiedlił się tzw. Czarniuch, nasiedlony z Niemiec. Niemcy zajmowali co lepsze mieszkania i w nich zamieszkali, a w gorszych domach mieszkali Polacy  i byli u nich robotnikami.

M.: Jak wspominasz życie na wygnaniu, z daleka od domu?
Dz.: My przesiedzieliśmy całą wojnę na Namulu u dziadzia. Mój tata w czasie wojny  był  w AK, a potem w partyzantce. Jako partyzant nie chodził walczyć, tylko starał się o broń, przechowywał ją i przekazywał walczącym Polakom. Medale dostał za to, że pomagał walczącym żołnierzom. Wszyscy, którym zależało, by Polska była wolna, starali się pomóc walczącym. Jedni walczyli  z Ukraińcami (chodzili do Sahrynia). Ukraińcy napadali na Polaków  i trzeba było przed nimi się bronić. Na Namule bardzo często przychodzili partyzanci na spoczynek i leczyć się, bo tam mieszkał pan Lipecki, który przed wojną zaczął studiować medycynę, ale w czasie wybuchu wojny przerwał studia i  nie  miał   dyplomu   ani   uprawnień   lekarskich.   Potrafił    jednak     pomóc
potrzebującym w różnych dolegliwościach, leczył i opatrywał rany, leczył ziołami. Lipecki opatrywał rannych, dostarczał im broń. Broń była po uciekającym wojsku polskim oraz zdobyta na Niemcach. Namule znajdowało się za lasem, daleko od szosy i można tam było znaleźć bezpieczne schronienie. Przychodziło tam wielu rannych, wielu spało w domu mojego dziadka. Partyzanci byli nie tylko na Namulu, ale i w tym lesie, jak się skręca na Polany. Tam też mieszkali ludzie, którzy pomagali partyzantom.

M.: Jak wspominasz powrót na Dąbrowę po wojnie?
Dz.: Po wyzwoleniu, gdy wróciliśmy na Dąbrowę, wszystko było tu zrujnowane: pusty dom, narzędzi nie było wcale, bo były albo pozabierane, albo porozciągane lub zniszczone. Sąsiedzi pozabierali drewno, które było porąbane do palenia w piecu, na opał. Trzeba było wszystko zaczynać od nowa, od nowa się dorabiać.

M.: Czym się wtedy ludzie zajmowali?
Dz.: W czasie wojny na naszym terenie ludzie zajmowali się rolnictwem. Część ludzi wywieźli na tzw. druty do Zamościa ( był to ogrodzony teren). Część ludzi była wywieziona na inne tereny (przesiedlona). Polska ludność uważała, że są to nasiedleńcy z Niemiec i dokąd się ze sobą nie dogadali, to tak uważano. Po wyzwoleniu każdy wrócił do siebie, na swoje. Często zniszczenia wojenne były ogromne, ale nikt się tym nie przejmował i odbudowywał to, co zostało utracone.

M.: Co wiesz o wcześniejszych działaniach wojennych pradziadzia Feliksa?
Dz.: Jak wybuchła I wojna światowa, pradziadzio miał 16 lat (urodził się  w 1902 roku). Uciekł wtedy z domu i zaciągnął się jako nieletni do wojska Józefa Hallera „Błękitna Armia”. Haller utworzył ten oddział we Francji   i w czasie wybuchu wojny wkroczył z nią do Polski. Pradziadzio Feliks nie brał bezpośredniego udziału w walce, bo był niepełnoletni i niewyćwiczony. Zatrudnili go w kuchni - był wojskowym kucharzem. W czasie wycofywania się wojsk bolszewickich po „cudzie nad Wisłą” bolszewicy walczyli z Polakami pod Komarowem - w tej walce uczestniczył pradziadzio Feliks. Potem był dowódcą oddziału AK i otrzymał pseudonim „Sęp”. W naszym domu prowadzone były narady. Za walkę został odznaczony „Krzyżem za udział  w wojnie 1918-1921” oraz „Krzyżem Armii Krajowej”.
Moja refleksja po rozmowie z Dziadziem  - powinniśmy być wdzięczni tym, którzy walczyli za wolność naszej ojczyzny. Zastanówmy się czasem,  jak zachowalibyśmy się w sytuacji, gdyby naszemu krajowi groziło niebezpieczeństwo. Czy stać by nas było na odwagę oraz walkę na śmierć   i życie.

Monika    

Grafika:  własna