Dorastałam na Zielonej Wyspie
Irlandia była miejscem
odnowy nadziei i nadal tak ją postrzegam.
(Daniel
Day-Lewis)
Nie każdy może powiedzieć, że pierwszych 10 lat swojego życia spędził za granicą. Ja miałam taką możliwość. Urodziłam się i wychowałam w Irlandii a konkretnie w jej stolicy, Dublinie. Dorastanie w Irlandii było ciekawym i niezwykłym doświadczeniem, zupełnie innym niż mogłoby się wydawać osobom znającym ten kraj z atlasów czy zdjęć.
Irlandzka pogoda to temat, z którego żartują sami Irlandczycy. W ciągu jednego dnia można doświadczyć wszystkich zjawisk atmosferycznych – rano mgła, w południe deszcz, po południu silny wiatr, a wieczorem słońce. To sprawiało, że nigdy nie wiedziałam, czy wyjść w kurtce przeciwdeszczowej, czy w krótkim rękawie. Co ciekawe, gdy tylko pojawi się choćby promień słońca, to ludzie natychmiast wybierają się na plażę czy do parku, nawet jeżeli jest tylko 15 stopni. Nikt nie czeka na „idealną” pogodę – każdy korzysta z chwili, gdyż wie, że dni z piękną pogodą są rzadkością. Dzięki częstym opadom Irlandia jest niesamowicie zielona, co dało jej przydomek „Zielona Wyspa”.
Irlandczycy są bardzo życzliwi i otwarci. „Small talk”, czyli krótka, niezobowiązująca rozmowa na neutralne tematy, takie jak pogoda czy weekend, jest u nich codziennością. W sklepie lub na ulicy często nawiązują rozmowę, nawet z osobami, których nie znają. Pamiętam też, że nieraz byłam zaczepiana na ulicy czy w sklepie przez starsze panie, które z uśmiechem mnie chwaliły, mówiły miłe słowa albo pytały, jak mija dzień. Dzięki właśnie takim sytuacjom zapamiętałam Irlandczyków jako ludzi bardzo otwartych i serdecznych.
Szkoła w Irlandii miała swoje charakterystyczne elementy. Mundurki były obowiązkowe, w każdej szkole inny kolor i herb. Każdy dzień zaczynał się apelem, a każdy tydzień kończył się rozdawaniem dyplomów dla wyróżniających się uczniów. Organizowano różne zajęcia, konkursy i wydarzenia – dni sportu, pieczenie ciast, kiermasze, wyjazdy na basen i naukę gry na flecie oraz bodhranie (bębnie). W klasach panowała swobodna atmosfera, a relacje z nauczycielami były mniej formalne niż w Polsce. Oprócz języka angielskiego, którym porozumiewałam się na co dzień, poznawałam język irlandzki (gaelicki). Co ciekawe, mimo że prawie wszyscy mówią po angielsku, irlandzki jest pierwszym językiem urzędowym. W niektórych regionach, zwanych Gaeltacht, nadal używa się go na co dzień.
Dużą rolę w życiu codziennym i szkolnym odgrywał sport. Popularne były nie tylko piłka nożna czy rugby, ale także tradycyjne irlandzkie dyscypliny, takie jak hurling czy futbol gaelicki. Po lekcjach były zajęcia sportowe organizowane przez Gaelic Athletic Association (organizację sportową), podczas których uprawialiśmy narodowe sporty irlandzkie, a same mecze przyciągały całe rodziny i budowały poczucie wspólnoty.
Muzyka tradycyjna była czymś naturalnym – nie jako atrakcja, ale część codzienności. W wielu miejscach, szczególnie w centrum miasta muzycy się gromadzili i grali na skrzypcach, flecie czy bodhranie. Można było usłyszeć charakterystyczne melodie nie tylko podczas lokalnych wydarzeń, ale i w zwyczajne dni. Ważnym wydarzeniem każdego roku był Dzień Świętego Patryka. Całe miasto zamieniało się wtedy w morze zieleni – ubrania, dekoracje, a nawet potrawy. Parady były kolorowe i pełne energii, a atmosfera przypominała wielkie narodowe święto. Wtedy nawet najbardziej poważny mieszkaniec Dublina nagle zamieniał się w prawdziwego fana zielonego kapelusza i wesołej muzyki.
Jednym z moich ulubionych miejsc było nadmorskie Howth. Tam często jeździliśmy na rodzinne wycieczki. Można było zobaczyć foki w porcie, spacerować po klifach i obserwować latarnię morską. Howth słynie też z bardzo świeżych owoców morza – to jedno z miejsc, gdzie rybołówstwo wciąż ma duże znaczenie. Poza miastem krajobrazy były pełne owiec pasących się na zielonych wzgórzach. Jest to prawdziwy obraz irlandzkiej wsi, który do dziś zostaje w pamięci.
Dorastanie w Dublinie dało mi coś więcej niż znajomość języka angielskiego. Nauczyło mnie otwartości, swobody w rozmowie i odwagi w poznawaniu nowych ludzi. Życie w mieście, które łączy tradycję z nowoczesnością, sprawiło, że od dziecka funkcjonowałam w międzynarodowym środowisku. Dziś wiem, że pierwszych dziesięć lat spędzonych w Irlandii miało ogromny wpływ na moją osobowość i sposób patrzenia na świat – i jestem za to doświadczenie naprawdę wdzięczna.
Lena
Grafika:
zdjęcia własne



